I taki dziś właśnie mieliśmy dzień. A to, co poniżej, to tylko jego część.
Prowadzimy dzieci do szkoły, a one same idą do sali, nawet za bardzo się nie żegnając i stoimy tam zdziwieni mocno, że jak to tak, bez uścisków i w ogóle bez marudzenia??? A to trzeci dzień szkoły dopiero ;-) Rozum podpowiada – kryzys może jeszcze nadejść, ale póki co cieszymy się z tego jak łysy z grzebienia :P
Jedziemy obejrzeć kolejny dom i już trochę mamy dość tych nieco wyniosłych pań z agencji, co patrzą na nas nieufnie. Może przez tę dwudziestoletnią Hondę z wgniecionym bokiem? ;P I niespodzianka – przemiła, ciekawa nas Pani i jeszcze większa niespodzianka – nowy, UMEBLOWANY dom! I to w rozsądnej cenie. Rozsądnej - co wcale nie oznacza przeliczać na polską walutę, nie doradzam! Wszystkie dotychczas oglądane miały co najwyżej umeblowaną kuchnię i nic więcej. Jak pomyślisz, ile rzeczy trzeba na co dzień – zaczynając od pralki, lodówki, krzeseł, stołu, a kończąc na sztućcach i tym podobnych – to wynajęcie pustego domu wydaje się absurdalnym pomysłem. Domek szeregowy, więc ogródek 2x2m – co akurat cieszy Jacka, bo koszenie trawnika to jego zmora. Tu nożyczkami nawet może przycinać :-) Wprowadzamy się za tydzień. Ulga. Bo dom Billa jest cudowny, rajsko niesamowity. I Bill jest… już wiadomo zresztą. Ale u ‘siebie’ to jednak u siebie. Nawet w wynajętym.
Jedziemy do centrum podpisać umowę do biura agencji. Szukamy na mapie i trafiamy w uroczy zaułek, który jakimś cudem przetrwał trzęsienie ziemi. Bo wszystko wokół w gruzach albo w budowie. I pośrodku tego pobojowiska to magiczne miejsce – malownicza uliczka z pasażem, przez środek którego przejeżdża tramwaj. Siedzisz i popijasz kawę, a tramwaj ociera ci się o plecy. Biuro agencji na tejże uliczce. Maryanne ściska nas na koniec i zaczynam wątpić w ten powierzchowny, ubrany w szeroki aczkolwiek czujny uśmiech, dystans Kiwi do ‘obcych’ ;-) Do weryfikacji.
Błąkamy się jeszcze trochę po centrum, patrzymy na skalę zniszczenia miasta, opustoszałe uliczki, jeden z głównych deptaków po obu stronach straszący pustymi witrynami. Smutno. Ponad 3 lata po tragedii, a miasto jeszcze takie okaleczone.
Wieczorem Bill zabawił się w nianię, a nam wręczył bilety na Festiwal Książek i Pisarzy. Nazwiska znane pewnie wszystkim obecnym oprócz nas, ale język i historie niewiarygodne. Inspirujące opowieści występujących, przede wszystkim historia Afroamerykanów, którzy w latach 60-tych rozpoczęli walkę o swoje prawa w Alabamie, a 50 lat później Ci sami ludzie świętowali wybranie Baracka Obamy na prezydenta. Dziennikarz, który sfilmował ich spotkanie z prezydentem elektem podsumował to jednym zdaniem – nie ma marzeń, których nie można ścigać.
I z ta myślą dobranoc. A Wam miłego dnia :-)
![]() |
| New Regent Street - w samym środku obrazu nędzy i rozpaczy |
![]() |
| Urokliwy pasaż |
![]() |
| Tramwaj wiezie turystów teraz głównie przez opustoszałe ulice |
![]() |
| Katedra raz jeszcze :-( |
![]() |
| Kontrast między tym muralem a dźwigami i budową... |
![]() |
| Takie spokojne popołudnie w okolicach Katedry |
![]() |
| Wysyłam łączami uśmiech nieco zmęczonej twarzy (że też znów bez makijażu! ;-) Ale to jednak... uśmiech :-) Przepraszam, ale nie chce mi się obrócić do pionu ;P |







:) ♡ :)
OdpowiedzUsuńUściski dla ulubionych 'doktorków' i H-girls :-)
OdpowiedzUsuńDziękujemy i też MOCNO ściskamy :)
UsuńUśmiechy odsyłamy Stanu
OdpowiedzUsuńPięknie tam u Was- takie uliczki, takie plaże, a przede wszystkim takie góry! Eech... A we Wrocławiu resztki lata mamy. Pozdrowienia! AChK
OdpowiedzUsuń