Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże po Nowej Zelandii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże po Nowej Zelandii. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Świecące robaczki i wizyta w Shire

Można byłoby zwalić na dzieci, że to dla nich, z myślą o nich, że przez nich wymarzone. No niezupełnie ;-) Hobbiton to było również, a może przede wszystkim nasze wyczekane, wyobrażone na tysiąc sposobów miejsce. I jak zawsze w takich sytuacjach, strach był, że będzie nie tak bajkowo-filmowo, że nie te kolory i w ogóle kicz. Ale nie było. Sceneria, chatki, barwy, wszystko dokładnie tak, jak u Jacksona. Tylko nieznaczne przeludnienie :P A to już przecież poza sezonem! Zdjęcia trudno zrobić, bo wszędzie komuś wystaje jakaś część ciała ;-) Miejsce skomercjalizowane maksymalnie, wizyta tylko i wyłącznie w formie zorganizowanej wycieczki z przewodnikiem. Z drugiej strony, ciężko się temu dziwić, bo inaczej tłumy odwiedzających (a rocznie jest ich ok. 80.000) rozkradłyby pewnie po kawałku cały Hobbiton. Nadmieniam również taki może drobiazg, ale dla nas i kilku innych, spędzających noc na parkingu, istotny – czyste toalety otwarte przez całą dobę. Czasami niewiele trzeba, żeby ludzi tak zwyczajnie po ludzku potraktować. I kawa w cenie niższej niż zazwyczaj – no to już przesada ;-)
Co tu ukrywać - tak własnie wygląda zwiedzanie Hobbitonu.
Wokół łańcuszki kolejnych wycieczek. No chyba, że
wykupisz sobie indywidualną wycieczkę :P
Ale co chwilę dostajesz 'czas wolny' na fotki i dokładne
przyglądanie się. Ty i masa innych ludzi z kamerkami i aparatami na
wszechobecnych wysięgnikach - naprawdę trudno jest zrobić
dobre zdjęcie, bez obcych elementów.
To ten moment wycieczki, gdy każdy może na chwilę wejść do
 środka i zrobić sobie zdjęcie.  
Shire :-)
To malownicze drzewo nad chatą Bilbo jest... sztuczne!
Przewodnik uraczył nas opowieściami, jak to Jackson kazał zdjąć wszystkie
listki i malować ponownie, bo mu kolor nie odpowiadał -
przewodnik też malował ;-)
I jak tu dzieciom wytłumaczyć, że w środku nic?!
Że środek to studio filmowe w Wellington?!
To jakby powiedzieć, że Mikołaj nie istnieje...
Eksperymenty z perspektywą, czyli dlaczego Gandalf taki
wielki, a Frodo maleńki?
Dla nas cider, dla dzieci piwo imbirowe. Ale była radość!
Toast w Zielonym Smoku - to jest coś :-)
  
Kolejne 100 km i wieczorem Jaskinie Waitomo ze słynnymi glowworms, czyli – potocznie – świecącymi robaczkami. Systemem podziurawionych jak ser szwajcarski jaskiń płynie ciemna rzeka, po której suną łodzie, a wszyscy mają te same miny – zadarte głowy, wielkie oczy i rozdziawione buzie. Mniej więcej. Bo na stropie jaskiń i wszędzie wokół miliony maleńkich bladoniebieskich światełek. To właśnie te robaczki, a ściślej – larwy muchówki. Zwisają ze stropu na cieniutkiej i lepkiej pajęczynie, wabiąc swoim światłem małe owady, czyli nie świecą, by zwabić partnera (jak popularne świetliki), tylko po to, by przeżyć. Tylko co to za życie – po wykluciu się ze swojego kokona (czyli po ok. 10 miesiącach) nie mają  otworu gębowego i w sumie po ok. 3-4 dniach umierają z głodu. Zdążą w tym czasie tylko złożyć jajeczka i na tym koniec ich egzystencji. 
Zdjęć robić nie można, więc posiłkuję się siecią. 


Prawie jak Droga Mleczna.
Źr.: whenonearth.net
Źr.: www.covered2go.co.uk
I to już koniec płatnych atrakcji. Wszelkie zasoby wyczerpane. Teraz zmierzamy na daleką północ. Tam, gdzie Morze Tasmana wpada w objęcia Pacyfiku. Tam, gdzie ludzi mniej, przestrzeni więcej. Pochodzić. Poszwendać się. Pogapić się na ocean. Bez konkretnego planu. Ostatnie kilka dni w Nowej Zelandii.   

wtorek, 5 maja 2015

Dantejskie piekło, czyli w samym sercu Wyspy Północnej

Gorące źródła, gejzery, bulgoczące sadzawki błotne, termalne jeziorka, syk pary i wszechobecny zapach siarki (lub bardziej dobitnie - smród zepsutych jajek) tak w wielkim skrócie można podsumować środek Wyspy Północnej, jeden z największych (po Yellowstone) obszarów geotermalnych na świecie. To ta część Nowej Zelandii, której do stabilności sejsmicznej jest bardzo daleko. Wszechobecne wyziewy siarkowe i parująca ziemia niemal na każdym kroku sprawiają wrażenie, jakbyś nagle znalazł się na innej planecie. Puść wodze fantazji i spróbuj wyobrazić sobie, co może się dziać zaraz pod powierzchnią skorupy ziemskiej w tym miejscu! A nad całym obszarem króluje wulkan Tarawera, który ponad 100 lat temu zmiótł z mapy kilka okolicznych wiosek i zmienił nieodwracalnie cały tutejszy krajobraz. 

To również ta część Nowej Zelandii, gdzie pieniądze wyparowują z twojego portfela. Jak para z tych termalnych jeziorek :P Musisz skupić się na jednym miejscu i uodpornić na atakujące zewsząd opisy i informacje zachęcające do jeszcze jednego ‘must see’. My wybraliśmy Wai-O-Tapu Thermal Wonderland, czyli baśniową krainę termalną. Warto było.


Nazwy mówią same za siebie ;-)
Wszędzie się dymi, paruje, syczy...
Tak paruje, że momentami nic nie widać..
..i trzeba sobie jakoś radzić ;-)
Paleta - sadzawka zmieniająca kolory 
Szampański basen, w którym zieleń kontrastuje z pomarańczowym
 brzegiem i srebrzystymi osadami krzemionkowymi. Temperatura
 wody sięga 74 st., a głębokość 62 metrów!
Niemożliwe...
Kolejna wiele mówiąca nazwa: 'Devil's Bath', czyli Diabelskie Łaźnie
I błotne jeziorko (już za granicami parku) plujące na spore odległości
To jest, na przykład, ślimak z dziurawą skorupą :P

SPA, uzdrowiska i inne tego typu miejsca oferują wcieranie wszelkich możliwych szlamów, wdychanie i relaksowanie się w gorących źródłach za takie ceny, że nawet nie zawracaliśmy sobie głowy. Można czasem natrafić na takie bajorka gdzieś w przydrożnych krzakach, więc nie traciliśmy wiary, że i nam uda się nam wygrzać (szczególnie po ostatnich nieco mroźnych nocach w kamperze ;-) Ale to, na co trafiliśmy ostatecznie i to dzięki poznaniu rodziny przedziwnych, miłych Holendrów na promie, przeszło nasze wyobrażenia. Waikite Valley miało być zwykłym płatnym kempingiem z opcją popluskania się w cieplicach. Tymczasem trafiliśmy do nierealnego miejsca, dzięki któremu przez chwilę poczuliśmy się jak w luksusowym centrum SPA :P A wszystko zaczyna się u źródła…

To źródło wybija około 300 metrów od kompleksu basenów mając temperaturę 98°C!!! Pod względem objętości wyrzucanej na minutę wody jest to najbogatsze gorące źródło w Nowej Zelandii. Niesamowite jest to, że zbudowano wokół cudowne miejsce, które może odwiedzić za nieduże pieniądze każdy. Równie dobrze mogliby zbudować luksusowy hotel i liczyć za nocleg w setkach dolarów. Całe szczęście właściciele mają inną filozofię(jak sami powiedzieli – we want to keep it simple) i postawili na kamperowiczów, backpackersów i innej maści poszukiwaczy przygód. Za cenę noclegu na kempingu, jaką płaci się na każdym innym (gdzie do dyspozycji masz pakiet - prąd, wodę i gorący prysznic), mamy nieograniczony dostęp do całej gamy małych i dużych basenów w błogiej temperaturze, w których woda wymieniana jest codziennie. Oprócz tego niesamowita roślinność z drzewiastymi paprociami, parującą mgłą dodającą spacerowi wokół nieziemską aurę. To miejsce, jeśli jest się w pobliżu trzeba koniecznie odwiedzić! To naprawdę miłe uczucie, że za stosunkowo nieduże pieniądze ktoś chce cię ugościć w tak ujmujący sposób, oferując ci luksus na co dzień nie do wyobrażenia… naprawdę wyjątkowe… 
Taki zwyczajny boks na kempingu
...ale dalej już bardzo niezwyczajnie ;-)
Pełen relaks. Po takim wyczerpującym szlaku? Zasłużony!
Czasem niewiele widać :P
To źródło zasila wszystko. Wrzątek wyskakuje prosto z ziemi...
Ktoś za bardzo polubił Maorysów
Rotorua. Jak ktoś określił to miasto – Roto-Vegas. Bardzo trafnie! Centrum noclegowe dla okolicznych geotermalnych atrakcji, ale również skupisko kultury maoryskiej.


Widok tradycyjnie kojarzony z Rotorua
- najbardziej znany dom zdrojowy
Z kolorowych, zatłoczonych ulic szybko czmychnęliśmy do 'starej Rotoruy' - Ohinemutu. To dawna osada maoryska. Na tym mało widowiskowym zdjęciu (w tle zabytkowy kościółek w osadzie) widać, jak gorące źródełka znajdują wszędzie ujście, nawet w chodniku... Co ciekawe, w większości domach ludzie mają swoje prywatne gorące źródła (co daje również darmowe ogrzewanie i gorącą wodę), wystarczy sobie wydrążyć otwór na podwórku!  
Tradycyjny dom spotkań Maorysów - Marae
Charakterystyczne maoryskie rzeźbienia
 zdobią wszystkie ważne dla nich miejsca
Przemknęliśmy chyłkiem przez Rotoruę. To taki północny odpowiednik Queenstown, tylko- jak dla nas, w o wiele gorszym, mniej gustownym wydaniu. Tu możesz wszystko, zaczynając od SPA i tym podobnych, fundując sobie przejażdżkę motorówką przez grzmiący wodospad Huka Falls, rafting przez wodospady i górskie strumienie, zorbing (czyli staczanie się ze zbocza w olbrzymiej gumowej kuli), możesz… wszystko! A przede wszystkim możesz zbankrutować :P Dlatego chyłkiem. Dlatego jak najszybciej, jak najdalej. Na parking Hobbitonu, gdzie właśnie nocujemy ;-) A jutro może uda się nam napić piwa w Zielonym Smoku!
Jeszcze wczorajszy nocleg na kempingu przy tamie, którą rano
otwierają na chwilę i ten niewinny potoczek...
...na jakiś czas zmienia się w rozszalałą rzekę!
Przy Huka Falls
... które puszczają w świat najdłuższą
nowozelandzką rzekę Waikato