Karuzela łańcuchowa. To trauma mojego dzieciństwa. Nie znosiłam jej, bałam się, w głowie miałam tylko czarne scenariusze, że zaraz się z kimś zderzę. Ale jak się wyłamać, jak wszyscy siadali? Nie było odwrotu. W tym wieku idzie się za tłumem. Zaciskałam ręce kurczowo na łańcuchach, aż bolały. Oczy zamknięte. Rusza. Nabiera prędkości. Zaraz zacznę krzyczeć. Już brakuje mi tchu. Już czuję, jak żołądek podchodzi do gardła. Rozpędza się. Zatrzymać, zatrzymać ją! – krzyczy każda przytomna jeszcze komórka. Wiruje. Świat przed oczami.
Już nic się nie da zrobić. Już za późno. Już tylko można się
temu poddać. Machina ruszyła. Mknie bez opamiętania. Czuję się jak wystrzelona
w kosmos. Już nie ma odwrotu. Karuzela się kręci. A ja zaciskam kurczowo dłonie
i tylko szeptem – będzie dobrze, będzie dobrze…
Wyjechać na koniec świata. Zostawić na cały rok ważnych
ludzi, ukochane miejsca, wiernego psa. Nie mieć pojęcia, jak to będzie, jak się
życie ułoży, czy damy radę utrzymać się na powierzchni. Zabierać w tę niepewną
podróż dzieci. I… cały czas mieć przekonanie, że to najlepsza decyzja. Że mimo
tych zaciśniętych dłoni i przerażenia w oczach to świadomy wybór – tym razem to
sami chcieliśmy wdrapać się na tę karuzelę!
Do odlotu 3 dni…. a jeszcze nic nie spakowane :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz