Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christchurch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christchurch. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2015

(Nasze) życie w Christchurch

…dobiega końca. Siedzimy w tym rozgardiaszu, pudłach częściowo spakowanych, rzeczach wybebeszonych, siedzimy i tak sobie rozmyślamy. O tym, że zawsze na koniec wydaje się, że o rany jak szybko zleciało. A przecież nie zawsze leciało, czasem wlokło się niemiłosiernie. A teraz już, meta, już kolejny zakręt i dalej trzeba pędzić. Dziwnie jakoś… nawet… smutno? Bo, jak na złość, nagle tylu fajnych ludzi wokół. Jacyś Kiwi, co mogliby byli bliżej, ale już czasu nie starczy; Polacy z pasjami, żeglowaniem i fajnymi opowieściami do posłuchania; no i nasi duńscy sąsiedzi, co nas wspierają, pomagają, dzieci zabierają. 

Siedzimy i rozmyślamy. Że może byłoby inaczej, gdyby… i tu scenariuszy …naście. Ale nie było. Nie było tego beztroskiego życia, co na pierwszym miejscu rodzina i pasje, potem praca. Ponoć niektórzy tak żyją tutaj, ale my ich nie poznaliśmy. Może to nie działka imigrancka? Może… Rzeczywistość okazała się nieco trudniejsza niż w założeniach, mniej przewidywalna, momentami całodobowy rollercoaster. Ale to wszystko złożyło się na niezapomniane doświadczenia, niebanalne wspomnienia. Fiory jako główna obsada filmu, w którym zostawiasz swoje życie i hen, za górami, lasami wskakujesz w cudze buty. A teraz hokus pokus i już za 56 dni wskoczymy na własne tory ;-) Taki myk! 

Siedzimy i rozmyślamy. O tym, co nas zaskoczyło/zdziwiło/zachwyciło. O tym, co nam NZ pozwoliła zrozumieć…
…że możemy się obejść bez wielu rzeczy
…że nie możemy się obejść bez wielu ludzi
…że w naszej rodzinie jest zbyt duża luka, jeśli nie ma z nami.. Luki 
…że jazda lewą stroną nie jest taka skomplikowana ;-)
….że angielski, mając tyle odmian i akcentów, niejednokrotnie postawi cię w życiu w sytuacji, gdy nie zrozumiesz ani słowa!
….że nie zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma…

Może być piękniej (choć dla mnie to pojęcie względne, bo pięknie może być na wiele sposobów), może być bardziej malowniczo, może być bardziej ludzko w przelicznikach zarobki = życie (nie wiemy z autopsji, ale niektórzy tutaj tak twierdzą), może być bardziej miło i przyjaźnie w każdym możliwym miejscu, może być relatywnie bezpieczniej (dziś we włoskiej restauracji irlandzki szef kuchni przychodzi zapytać, jak smakuje, po czym – na pytanie skąd my, mówi: aaa, z Polski, to wy lada dzień już Rosją będziecie! Yhm… ). 

Ale czy lepiej? Ja śmiem twierdzić – INACZEJ. I fajnie tej inności zakosztować. 
I.. wrócić ;-) Już niebawem. 

A tymczasem jeszcze przez trzy tygodnie w świecie nowozelandzkich dolarów, a to nie lada wyzwanie. Żeby dać obraz porównaniu kosztów życia załączone obrazki – gdyby ktoś rozważał przeprowadzkę na antypody. 



W chwilach oderwanych od domowego chaosu żegnamy się z ulubionymi miejscami…


Tego będzie mi bardzo brakowało... :-(
Wzgórza Port Hills - panorama na miasto, możliwość wyganiania
dzieci, coby szybciej wieczorami zasnęły ;-)
Objeżdżanie ulubionych zakamarków, a
dziatwa już dawno sama po całym osiedlu śmiga

Na deser zostawiony Ogród Botaniczny :-) Tam wydreptywaliśmy pierwsze  żale. Tam wystawialiśmy twarze do styczniowego słońca z polską ekipą :-) Tam stałam z głową zadartą do góry i na drzewa się gapiłam. Trzymając (życiowy) pion. Jako tako.
To na deser właśnie. 

poniedziałek, 23 marca 2015

Na Vivaldiego nuty

Nad ranem obiegając nasze bajorko poczułam szelest liści pod butami i nagle zdałam sobie sprawę, że przecież nieubłaganie, nieuchronnie do Nowej Zelandii zbliża się jesień… Kiedy czmychnęło to lato? Dlaczego zimowe miesiące takie rozwleczone, a wiosenno-letnie jak struś pędziwiatr? Powoli czas się zbierać.. ogarnąć swoje sprawy tutaj, posprzątać po sobie, dopiąć plan, co dalej i ruszyć przed siebie. Jeszcze niecały miesiąc, jeszcze Christchurch w jesiennej odsłonie. 

Pierwsze tygodnie w Nowej Zelandii w zimowo-chłodnej scenerii. Pierwsze tygodnie to przemarznięte, skurczone palemki. To deszcz zacinający poziomo i chmury przyszywające niebo do ziemi. To przerażone szarpanie się z rzeczywistością. To koszmarna tęsknota. To ubieranie się na cebulkę, a raczej na cebul kilogramy. To powolne uświadamianie sobie, że to się dzieje NAPRAWDĘ. 

Wiatr. Pozbawiający grzebienie racji bytu. Smagający rześkim chłodem. Bezlitośnie szczypiący policzki, gdy rowerami do szkoły. Ten wiatr przywiał w końcu wiosnę. Dziwną, bo momentami od razu palącą słońcem, by zaraz przypomnieć zziębniętymi porankami, że jeszcze nie czas. Na ciepło przyjemne i pewne, jeszcze nie czas. Ale te poranki chłodne to też wyraźnie majaczące w oddali góry. Z czapami śniegu. Jak przyczajona obietnica, że dopiero trzeci bieg wrzucony. Że już za chwilę nabierzemy prędkości. Ten obraz dalekich Alp zniknął na całe lato. Nie widać z naszej ulicy, nie widać ze wzgórz. Darmo wypatruję od miesięcy.

I lato. Wyczekane, wytęsknione. Każdą przemarzłą kosteczką. Lato, co nam przyniosło dziewczyny z Polski i jeden z najcudowniejszych miesięcy tutaj. Niezapomniane, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju STYCZNIOWE lato :-) 

Jesień idzie. Jesień, której nie znamy i nie wiemy, czego się spodziewać. Czy choć trochę jak nasza szeleszcząca, ciepła, pomarańczowo-złota? Czas wybrać się do Ogrodu Botanicznego. Poszukać jej śladów. Póki co dni przeplatane kapryśnymi nastrojami pogody – od euforycznych skoków wzwyż na termometrze do senno-melancholijnego deszczowego hamowania. Jakby ktoś nasze życie próbował tu naszkicować - wzloty w górę, gdy wizja domu coraz bliżej; zdziwione opadanie, gdy myśl, że koniec niebawem. Już koniec. Smutkiem podszyte to zdziwienie. Że trzeba będzie zostawić tyle miejsc... Kto by pomyślał, że tak żal będzie...?  

Łapiemy te słoneczne dni. Nie mając pojęcia, ile ich zostało i czy zaraz nie dostaniemy w twarz wychładzającym goodbye. Przynajmniej jest szansa, że Alpy majestatycznie wyłonią się z oddali… Chciałabym je jeszcze zobaczyć wychodząc z domu. W prawo patrz, poza rusztowania i hałdy piachu. Może się jeszcze pokażą.


Zachłanni na ciepło :-)
Kilometry za nami, to jest i nagroda :-)
Pukeko - drogowy samobójca
Wieczór w nasłonecznionym, jasnym domu Abramsów

środa, 7 stycznia 2015

50+

Wyprawa w stylu Kiwi. Nieważne gdzie, nieważne jaki szczyt i czy w ogóle ma nazwę. Ważne, że idziesz przed siebie, masz wokół przyrodę, piękne lasy, rozśpiewane ptaki, widoki – to się liczy. Ważne, że coś robisz aktywnie i jest Ci z tym dobrze. Że nie siedzisz w czterech ścianach. To wydanie Kiwi w stylu Dona i Judy. Judy – wiadomo. Wulkan energii. Jak powiedziałam jej, że powinna teraz siedzieć na tarasie domku na Zachodnim Wybrzeżu i popijając wino spisywać swoje niesamowite dzieje, to tylko uśmiechnęła się filuternie i stwierdziła, że właśnie to jest jej wielki problem – że nie umie usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Cała Judy :-)

Don, przyjaciel Abramsów, którego poznaliśmy niedługo po przylocie. Zabrał nas dziś z Judy na ambitny 11-kilometrowy szlak (choć twierdził, że to tylko jakieś 5km, ale chyba  W LINII PROSTEJ!!!). Przez lasy, góry, łąki, zbocza, pastwiska. Nie mam pojęcia gdzie dokładnie, bo nie było żadnych nazw (tylko tabliczka, że rezerwat Packhorse), a Don, jako stuprocentowy piechur i wieloletni przewodnik, który zszedł wszystkie możliwe szlaki w NZ, ma swoje własne ścieżki. To my jak te owieczki pokornie za nim i, uczciwie przyznaję, ciężko było mu dotrzymać kroku… :P Nawet zadyszki nie miał na stromych podejściach. I UWAGA – dla przypomnienia: Don ma… 82 lata!!! Przepis na taką długowieczną kondycję? Ruszać się, być aktywnym! Taki Jego sekret ;-) 


Po żwawym marszu (dzieci trochę jęczały, ale dały radę) dotarliśmy do celu. Chata udająca schronisko. Wybudowana na początku XX wieku z lokalnych pozostałości wulkanicznych. Każdy może się w niej schronić, przenocować, zatrzymać na chwilę. Warunki… hmm, bardzo podstawowe – dwa pomieszczenia z pryczami, plus jedno z paleniskiem. Toaleta i jakiś kranik na zewnątrz. I to by było na tyle ;P Nikt tego nie pilnuje. Wchodzisz jak do siebie i korzystasz. Oprócz nas w chacie kilka osób. Średnia wieku….. 50+. Tak sobie wędrują i spędzają wolny czas Kiwi, ale, jak wynika z naszych obserwacji, głównie ci starszej daty. 


Jutro dziewczyny wyruszają  na wieloryby.  A ja z dziećmi ruszam do sprzątania domu :P 


 
 
 
 
 
 
 
 
Przedsmak tego, co nas czeka na
trzydniowym szlaku już za 2 tygodnie!
 
 
 
I w drodze z powrotem

Dla czujnych, co z troską mi piszą - ja wiem, że matryca aparatu szwankuje i chwilowo nie mam co z tym fantem począć :-( Martwią mnie plamy na zdjęciach, choć, jak niezawodna Jo stwierdziła - co się przejmujesz, to jak Twoja sygnatura ;-)

wtorek, 6 stycznia 2015

W tym rzecz

Naprawdę spojrzałaś na to miasto łaskawym okiem – to usłyszałam dziś od dziewczyn po długim spacerze uliczkami Christchurch. Były wstrząśnięte ogromem zniszczeń po trzęsieniu ziemi. Przecież w lutym miną 4 lata, a całe centrum to nadal jeden wielki plac budowy. Z mnóstwem ruin i zdewastowanych budynków, czekających cierpliwie w kolejce do rozbiórki. Opustoszałe i wymarłe. Jedynie turyści szwendają się pstrykając fotki. Stają na tle rozpadającej się katedry i z głupawym uśmiechem pozują do zdjęć, ech… Przy katedrze zawsze robi mi się smutno. Bo to takie miejsce, którego nijak nie da się odbudować, powołać na nowo do życia. W ChCh od dawna trwa debata, czy ratować jej ruiny, czy iść do przodu i wyburzyć do końca, zastępując inną, nowoczesną alternatywą… Trudno ocenić, bo z jednej strony mógłby to być swoisty pomnik upamiętniający to tragiczne wydarzenie. I jakoś nie ‘wypada’ dokończyć dzieła zniszczenia…. Z drugiej strony - czy to dziwne, że mieszkańcy chcą zapomnieć o dramacie i żyć dalej, iść do przodu bez oglądania się wstecz, wypełniać przestrzeń nową formą? Nie nam oceniać. 

Starałam się, mimo wszystko, pokazać dziewczynom to miasto takie, w jakim ja się zakochałam. Z całym jego zdeterminowaniem i uporem, żeby się nie poddać. Z tą wiarą, że nawet na gruzach można stworzyć nową rzeczywistość. Że w sytuacji, gdy – wydawałoby się – niewiele już warto, właśnie wtedy szczególnie należy się starać! Że tak naprawdę zawsze warto wykonać wysiłek, żeby coś zmienić. Tak ja odbieram Christchurch. Mając świadomość, że każdy kolejny dzień może być powtórką dramatu, bo przecież nigdy nie masz pewności… Mając TAKĄ świadomość i, mimo to, wkładać wysiłek w odbudowę miasta i własnego życia – to naprawdę wymaga nie lada siły, determinacji i charakteru. Tylko brać przykład… Ja mam ogromny sentyment do tego miejsca. Bo przypomina mi o tym, jak wiele pokory trzeba mieć w sobie wobec nieprzewidywalnego. 


Kurz, gruzy, ruiny – to jedno. Ale kolorowe miejsca tętniące życiem to inny wymiar. Kontenerowe centrum kafejkowo-sklepowe Re:Start, wypełnione tłumami, barwne, pachnące międzynarodowymi smakami… Pijemy pyszną Flat White na tarasie Hummingbird Coffee, oglądając występ uliczny, jest przecudnie… Spacerujemy wzdłuż malowniczej New Regent’s Street, tramwaj jedzie jej środkiem, na ławce przycupnęli czarodzieje (ikona Christchurch). W Ogrodzie Botanicznym nadal kwitną róże. Pachną nieziemsko. I wtedy zapominasz. Że to miasto w oczach wielu utraciło sens istnienia. Zapadło się. Zapominasz i cieszysz się małymi wielkimi rzeczami. Jak tym intensywnym zapachem róż. Czy smakiem kawy. Kolorami muralu na ścianie ruiny. 


Dostrzegać piękno i sens tam, gdzie – obiektywnie- nie ma ono racji bytu. W tym cała rzecz. 


 
Jedna z około stu kolorowych żyraf
rozsianych po całym mieście
W przejściowej tekturowej katedrze
 
Nie sposób oprzeć się owieczkom Lego ;-)
Ulubiona żyrafa Matyldy
Ale że niby co??? Jeździ przez środek budynku?!
Są i czarodzieje na New Regent's Street
W Muzeum Canterbury
 
W Ogrodzie Botanicznym kwitnąco-pachnąco
 
Jak widać, huśtawki na sekwojach to
frajda nie tylko dla dzieci ;-)
 
 
Jeszcze jedno sztachnięcie!

A wieczorem pływanie :-) Jakże ono smakuje z tymi, co czują uzależnienie od chloru jak ja ;-)