Siedzimy i rozmyślamy. Że może byłoby inaczej, gdyby… i tu scenariuszy …naście. Ale nie było. Nie było tego beztroskiego życia, co na pierwszym miejscu rodzina i pasje, potem praca. Ponoć niektórzy tak żyją tutaj, ale my ich nie poznaliśmy. Może to nie działka imigrancka? Może… Rzeczywistość okazała się nieco trudniejsza niż w założeniach, mniej przewidywalna, momentami całodobowy rollercoaster. Ale to wszystko złożyło się na niezapomniane doświadczenia, niebanalne wspomnienia. Fiory jako główna obsada filmu, w którym zostawiasz swoje życie i hen, za górami, lasami wskakujesz w cudze buty. A teraz hokus pokus i już za 56 dni wskoczymy na własne tory ;-) Taki myk!
Siedzimy i rozmyślamy. O tym, co nas zaskoczyło/zdziwiło/zachwyciło. O tym, co nam NZ pozwoliła zrozumieć…
…że możemy się obejść bez wielu rzeczy
…że nie możemy się obejść bez wielu ludzi
…że w naszej rodzinie jest zbyt duża luka, jeśli nie ma z nami.. Luki
…że jazda lewą stroną nie jest taka skomplikowana ;-)
….że angielski, mając tyle odmian i akcentów, niejednokrotnie postawi cię w życiu w sytuacji, gdy nie zrozumiesz ani słowa!
….że nie zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma…
Może być piękniej (choć dla mnie to pojęcie względne, bo pięknie może być na wiele sposobów), może być bardziej malowniczo, może być bardziej ludzko w przelicznikach zarobki = życie (nie wiemy z autopsji, ale niektórzy tutaj tak twierdzą), może być bardziej miło i przyjaźnie w każdym możliwym miejscu, może być relatywnie bezpieczniej (dziś we włoskiej restauracji irlandzki szef kuchni przychodzi zapytać, jak smakuje, po czym – na pytanie skąd my, mówi: aaa, z Polski, to wy lada dzień już Rosją będziecie! Yhm… ).
Ale czy lepiej? Ja śmiem twierdzić – INACZEJ. I fajnie tej inności zakosztować.
I.. wrócić ;-) Już niebawem.
A tymczasem jeszcze przez trzy tygodnie w świecie nowozelandzkich dolarów, a to nie lada wyzwanie. Żeby dać obraz porównaniu kosztów życia załączone obrazki – gdyby ktoś rozważał przeprowadzkę na antypody.
W chwilach oderwanych od domowego chaosu żegnamy się z ulubionymi miejscami…
| Tego będzie mi bardzo brakowało... :-( |
| Wzgórza Port Hills - panorama na miasto, możliwość wyganiania dzieci, coby szybciej wieczorami zasnęły ;-) |
| Objeżdżanie ulubionych zakamarków, a dziatwa już dawno sama po całym osiedlu śmiga |
Na deser zostawiony Ogród Botaniczny :-) Tam wydreptywaliśmy pierwsze żale. Tam wystawialiśmy twarze do styczniowego słońca z polską ekipą :-) Tam stałam z głową zadartą do góry i na drzewa się gapiłam. Trzymając (życiowy) pion. Jako tako.
To na deser właśnie.
To na deser właśnie.



