Stworzyć nowe (tymczasowe) życie w kilka dni. Tak, jakby
ktoś wyciągnął Cię z Twojej własnej, poukładanej już rzeczywistości, rzucił na
drugi koniec globu i powiedział – radź sobie. A to życie to przecież nie tylko własny
kąt, ale sprawy prozaiczne jak podatki, ubezpieczenia, lokalny numer telefonu, auto,
szkoła i masa innych. Chwilowo od jednego urzędu do drugiego. Próby zrozumienia
różnych akcentów, co bywa niezłym wyzwaniem ;-) Szczególnie w sytuacjach, gdy
każda informacja na wagę złota. Gonitwa. Liczymy, że zaraz to się uspokoi.
Wizyta w szkole. Dzieci dzielne, choć sztywne jak struna.
Szkoła trochę wygląda jak plac budowy – dopiero dochodzi do siebie po
trzęsieniu ziemi. Ale nowe sale piękne, przyjazne dzieciom, zupełnie inne od
naszych... Dyrektor, który od razu kazał mówić do siebie Bruce, oprowadził nas
wszędzie, przydzielił każdemu naszemu dziecku jakiegoś ucznia jako opiekuna na
początek. Bardzo miło, przyjaźnie. Od środy małe Fiorki ruszają do boju ;-)
Poza tym udaje się nam w tej gonitwie przynajmniej trochę
zobaczyć, na chwilę oderwać się od zmartwień, których – póki co – jest jeszcze
sporo. Christchurch jako miasto ogrodów (nazywane tak nie bez powodu – są tu
ich hektary) ma zadziwiający Ogród Botaniczny. Wpadliśmy tam na chwilę, bo czas
rozkwitu dopiero się zacznie i na razie aż tak widowiskowo nie jest. Dzieciaki pobawiły
się z kaczkami i pohuśtały na sekwojach. I od razu banan na twarzach ;-)
Miasto dalej leczy rany. To już 3 lata od trzęsienia ziemi,
ale jego centrum nadal naszpikowane
dźwigami, placami budowy, ogólnie wymarłe. Nawet nas, nie związanych
emocjonalnie z miastem zabolał widok ruin katedry – serca Christchurch. To sam
środek miasta, od niej rozchodzą się ulice. Bill opowiadał, że plac przed
katedrą tętnił kiedyś życiem – mieszkańcy i turyści, klauni, magicy, uliczni
grajkowie. Taki wrocławski Rynek. Teraz cisza.
Po ponurym poranku przejaśniło się. Błękitne niebo i
słońce, dużo słońca. Wystawiam twarz i grzeję się na zapas, bo wieczory i
ranki jeszcze bardzo chłodne. Tak, Joanno C., stoję czasem w oknie, patrzę na
Nową Zelandię i w głowie – myślałam, że będzie inaczej. Tylko sama
nie wiem, co to inaczej miałoby oznaczać… Że będzie łatwiej? Że staniemy od
razu na brzegu lazurowego jeziora z widokiem na majestatyczne góry i będziemy tylko
WOW? Może tak naiwnie po cichu na to liczyłam. Zamiatam więc grzecznie te
złudzenia i cierpliwie czekam na ten brzeg jeziora. I się doczekam :-)
 |
| Sekwoja jako huśtawka |
 |
| Ogród Botaniczny |
 |
| Katedra w czasach świetności, źr. Wikipedia |
 |
| A tak wygląda teraz... |
|
 |
| Centrum miasta - widok jakich wiele |
 |
| Tymczasowa katedra wzniesiona głównie z kartonowych rur |
 |
| Jeden z nielicznych ulicznych zabytkowych tramwajów |
 |
| Jedna z głównych ulic, kiedyś tętniący życiem deptak |
 |
| I taki sobie widoczek, z kuchennego okna u Billa... |
Trzymam kciuki za Filipka i Matysię- dadzą radę. iwona
OdpowiedzUsuńCzytam , wciagam się, zostawiam istotne sprawy, czekam na dalsze części, bowiem jest to zapowiedź dobrej fabuły, inspiruj się tak dalej, pozdrawiamy, Stany
OdpowiedzUsuń