O tym, jak malownicza jest to trasa już wspominałam. Wyjeżdżając z lekka pofałdowanych okolic Christchurch widzisz przed sobą Alpy Południowe i jedyną drogą, by dotrzeć do Zachodniego Wybrzeża jest ich przekroczenie – między innymi przez Przesmyk Artura (Arthur’s Pass). Droga powoli przechodzi w wijącą się między pagórkami i wzgórzami serpentynę. Po obu stronach masz takie widoki, że obawiam się o koncentrację kierowcy. Na szczęście ruch jest coraz mniejszy im dalej od miasta, a i prędkość staruszka Honda osiąga ‘zawrotną’ ;-) Poza tym zatrzymujemy się często, między innymi w miejscu ponoć udającym swego czasu Śródziemie - Castle Hill (uważane również za tutejszą stolicę bouldering’u, czyli wspinaczki po wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną/ Wik. ). Dzieciaki szaleją, wspinają się, chowają w jaskiniach, skaczą, nam skacze ciśnienie, jest super :-)
Robimy niedługi i spokojny spacer prostym szlakiem (raczej szlaczkiem) do jednego z licznych wodospadów i w samym Arthur’s Pass, czyli małej wiosce zatrzymujemy się na kawę. I tu spotkanie pierwszego stopnia z papugą Kea, o agresywności której przekonaliśmy się na własnej skórze. Idziemy z tacą pysznych ciastek do stolika, a ta bezczelna małpa ładuje się z dziobem, za nic mając nasze krzyki i wymachiwania. Dzieci w pisk, Fitu dzielnie czmychnął z tacą (co za motywacja – nie stracić takiego deseru!), a potem już tylko śmiech. No ale zjedliśmy w środku, nie ryzykując kolejnego natarcia agresora.
Niewinna serpentynka przeobraziła się już dawno w stromą drogę, a zamiast pagórków z każdej strony wyrosły otulone lodowymi czapami szczyty z ostrymi graniami. W samym Parku Narodowym Przełęczy Artura leży 16 ponad dwutysięcznych wierzchołków, jest więc co podziwiać. Snujemy się leniwie, bo na więcej nie pozwalają warunki ani zdrowy rozsądek. W miarę zbliżania się do wybrzeża robi się coraz bardziej płasko, Alpy zostają w tyle. Mijamy nieliczne górniczo-rolnicze wioski, w których czas jakby się zatrzymał. Po tej stronie wyspy zagarniającej większość opadów transportowanych z zachodu zieleń szybciej nabiera intensywności. Nawet dzieci zauważają różnicę między tutejszą bujną roślinnością, a skalistym krajobrazem pustkowia, który zostawiliśmy za górami.
Docieramy do chaty przed wieczorem. Z głowami pełnymi obrazów. Ze spokojniejszymi myślami. Z poczuciem, że trzeba czasami oczy z domu wywieźć, żeby mogły zobaczyć, do czego tak naprawdę służą :-)
| Opuszczamy granice Christchurch |
| W drodze |
| Castle Hill |
| Kto znajdzie małe Fiorki? |
| Osuwiska i spadające kamienie to jedne z największych zagrożeń tej trasy |
| Ciastka zjedzone, może być chwilowy rozejm! |
| Z wydłubywaniem uszczelek to wcale nie jest ściema! |
| Przez pół godziny tylko ;-) |
| I już na miejscu :-) |
Fajny blog ;) ... Zaczytałem się do tego stopnia, że kiedy parę dni temu moja piękniejsza połowa zaczęła "marudzić" po raz kolejny o zmianie lokacji to pomyślałem - kurcze, zawsze marzyłem o górach nad morzem (pewnie dlatego kocham Bałkany :) )... to może zamiast na wietrzne i dżdżyste wyspy brytyjskie przenieść się "nieco" dalej? :)
OdpowiedzUsuńNiecierpliwie czekam na kolejne wpisy... i przy okazji poproszę bardzo Twoje dzieci o opowiedzenie (napisanie) jak im się podoba w szkole i przedszkolu :)
Dzięki :-)
UsuńDzieci obiecały dołożyć swoje 3 grosze do opowieści. Ja ich uważnie słucham i przemycam, ile się da :-)
Pani Marto ! Tak wiele dzieje się w mojej głowie, kiedy czytam Pani bloga.
OdpowiedzUsuńNie znajduję słów, które opiszą jak bardzo podoba mi się Pani język blogowy, czasem śmieję się do łez, a czasem te łzy po prostu lecą ze wzruszenia. Mam taki swój rytuał, codziennie o 10.30 zasiadam do czytania lektury, a potem wieczorem wracam do niej, by jeszcze raz napawać się tym, co Wy tam przeżywacie.
A widoki ? Podobnie, mimo bogatego naszego polskiego słownictwa nie znajduję słów, które by oddały jak bardzo podoba mi się krajobraz, który podziwiacie.
Chłonę każdy Wasz dzień i tak się zastanawiam, żebym tak bardzo nie była związana z Rodziną, która mieszka w pobliżu to....
Pozdrawiamy Dorota P.
Pani Doroto,
Usuńczasami zastanawiam się, ile jeszcze cierpliwości i chęci starczy, by to czytać..;-) Piszę od siebie, tak od środka bardzo. Czasem zachęcam resztę rodziny, żeby dopełniła obraz. I taka z tego wychodzi mieszanka podróżniczo-emocjonalno-subiektywna.
Dla mnie to też wiele przemyśleń, wiele komentarzy inspiruje do kolejnych poszukiwań - cieszy mnie niezmiernie, że tylu ludzi nie toczy się przez życie bezrefleksyjnie. Że chce im się podjąć ten wysiłek (wcale nie taki oczywisty), żeby zagłębić się w to i owo, i jeszcze tymi przemyśleniami się ze mną tu podzielić :-) Ja również bardzo dziękuję :-)
Pani Marto prosze sie nie martwic czy starczy cierpliwosci i checi, by czytac bloga. Pani blog jest jak ulubiona ksiazka, ciagle chce sie siegac po nowe rozdzialy.
UsuńTe góry ... porywające, zachwycające ... czekam na relację ze zdobycia choć jednego dwutysięcznika ;)
OdpowiedzUsuńTo dzieci na barana i jakoś damy radę ;-)
UsuńOj jak mi się marzy, bardzo marzy...
Może latem, może... Kto wie? :-)