Próbujemy, naprawdę próbujemy obniżyć ten nasz próg odczuwania zimna i choć nieco dostosować się do ich standardów, ale… to jest nieprzyjemne, bywa że niewykonalne ;-( Czy to nie tak, że jak u nas już późna jesień to raczej nikt w sandałach nie śmiga? A tu jako całoroczne obuwie, klapki na każdy sezon. My jednak jesteśmy ciepłolubni, no tak już mamy. Judy stwierdziła, że po przeprowadzce tutaj z Kalifornii 30 lat temu najtrudniejsza na początku była dla nich … właśnie pogoda. Ze słonecznej i gorącej Kalifornii na tę wyspę zagubioną na Pacyfiku, gdzie pogodę warunkuje to, co ten kapryśny ocean przyniesie – to było wyzwanie…
W takim tygodniowym życiu, tzw. ‘normalnym życiu’ czuję się często tak, jakby ktoś dał mi łyżwy ( a umiejętności brak, niestety :/) i powiedział – pruj przed siebie. Jakaś barierka niby jest, ale co chwilę nogi rozjeżdżają się na wszystkie strony i twarde lądowanie. Rozcierasz siniaki i próbujesz dalej. No nie ma innego wyjścia, zwłaszcza, że mąż z przydziału tylko jedną łyżwę dostał, i to nieco zardzewiałą. I radzi sobie, a umiejętności wcale nie lepsze od moich ;-)
Przytulam wieczorem syna i czuję jego rozpalone czółko. I już rozpalona wyobraźnia. Cokolwiek dzieje się dzieciom od razu wytrąca cię to z wypracowanego już jako tako, choć chybotliwego rytmu. Od razu łyżwy każda w inną stronę, a najlepiej to ze spektakularnym saltem na opak. Gorączka mija, idziemy na spacer nad pobliskie ulubione bajorko. Karmimy ptactwo i siedzimy później na ławce. Ja i wtulone po obu stronach dzieciaki. Siedzimy tak przez godzinę i patrzymy. Dzieci nie chcą iść, posiedźmy mama jeszcze trochę... Patrzymy na samoloty gdzieś w oddali i za każdym razem – ooo, Fiory lecą. Tęsknota (której wcale nie ubywa, a wręcz przeciwnie) wyjątkowo nakłada się nam w potrójnej dawce i trochę nam markotnie. Tak sobie siedzimy i tęsknimy, każdy za czymś/ kimś innym. Ale kierunek ten sam. I jak już nam się robi zbyt smutno to wracamy myślami do miejsc dopiero co odkrytych, obrazów co już na zawsze w głowie zostaną i przypominamy sobie, po co tak naprawdę tu jesteśmy i dlaczego na tak długo. I wtedy ta tęsknota i uwierająca samotność zaczynają nabierać sensu.
Często myślę o ludziach, którzy z różnych przyczyn zdecydowali się stworzyć swoje życie od podstaw w obcym kraju. Bywa, że bez znajomości języka. Jestem pełna podziwu dla ich determinacji i odwagi. Wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tej pustoszącej od środka samotności człowieka wyrwanego ze swojego życia, odciętego nagle od wszystkiego, co znane i w miarę bezpieczne. Ja wiem, że wrócę. W najtrudniejszych momentach, gdy rzeczywistość tutaj zaczyna nas przerastać, mamy świadomość, że gdzieś tam mamy swoje fajne życie i do niego wrócimy. Ale jeśli tego nie wiesz, jeśli już za bardzo nie masz odwrotu, a ten obcy świat wydaje się zbyt trudny do ogarnięcia, to… to musi być nadludzki wysiłek utrzymać się na powierzchni.
| Nad naszym bajorkiem |
| Dzisiejsze popołudnie nad oceanem |
| Nawet kolację można sobie wyłowić ;-) |
| Zawsze coś zbierają i targają do domu |
| Dziecko Kiwi i dziecko nasze :P Każde ma wzrok p.t. 'What's wrong with you?!' |
| Tak sobie pooglądaliśmy |
Hmmm rzeczywiście Fitu jakiś taki naubierany ;-)
OdpowiedzUsuńZdjęcia jak zwykle cudne, ale przedostatnie i opis genialne;)
OdpowiedzUsuńDzięki ;-)
UsuńDzieci oczywiście z pytaniem - a czego my tak nie możemy? Na co ja - yyy, ten tego, bo my... bo my jesteśmy inni!
I tyle w ramach edukacji :P
czekałem na zdjęcia... na których zobaczę deski i żagle.. i mam :)
OdpowiedzUsuńI będzie więcej :-)
Usuń