Zarząd bloga nakazał kolejny wpis glazurnika. Coś tam niby
się dzieje, ale niewiele tego. Codzienna praca, która ciągle ewoluuje i zmienia
charakter. Coraz mniej zadań glazurniczych, coraz więcej pracy, którą wykonywałem
przez lata w Polsce (isn't it ironic?) - siedzę w biurze, czyli garażu, czyli
magazynie, czyli bałaganie (chyba już zawsze będę tak to miejsce opisywał:-) i
robię klasyczny "cold calling". Kto wie, to zrozumie jak trudny to
kawałek chleba, kiedy próbuje się sprzedać coś przez telefon. I tak od
początku, małymi kroczkami jak w naszej kochanej firmie Quest Translation,
buduję bazę wyszukując potencjalne firmy w internecie, dzwonię, walczę o
połączenie z właściwą osobą, czyli przebijam się przez próg "office",
rozmawiam, wysyłam maila ze stworzonym chwilę wcześniej profesjonalnym profilem
firmy, dzwonię ponownie próbując wprosić się na spotkanie, nie ma w biurze,
dzwonię jeszcze raz, umawiam się na kolejny telefon..... Taka praca nie ma
końca i na efekty czasami czeka się tygodniami i miesiącami. Coś tam się udaje
i motywacja jest - w nowym kontrakcie mam zapis o procencie z nowych klientów,
a to działa na wyobraźnię, oj działa:-))))
Druga część mojej pracy to plan działań marketingowych
rozpisany na kolejne 10 miesięcy. To taka ciekawa rzecz w życiu, kiedy przydają
nam się umiejętności zdobywane często przypadkiem, przy okazji jakoś tak bez
intencji żadnej, aby to w przyszłości wykorzystać. Tak jest ze szkoleniami
marketingowymi, w których brałem udział w ramach niewymienionej z nazwy franczyzy, prowadzonymi przez demoniczną,
samoustanowioną guru marketingu, która traktowała nas z nieukrywaną pogardą i
wyższością, które to z kolei nie zachęcały nigdy do pełnego zaangażowania. I
nagle, po tych wszystkich latach, siedzę sobie w Christchurch w biurze, czyli
garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie, i planuję kampanię na Facebooku (od
którego stroniłem przez lata), planuję zamknięcie sprzedaży i analizuję trendy
zakupowe Kiwi. Ha! Facebook - teraz rozumiem jakie to trudne zadanie kiedy
zapraszasz ludzi do polubienia strony, a oni nie polubili. I siedzę, wiadomo
gdzie:-), i przeglądam nazwiska wszystkich "przyjaciół" facebookowych
i już prawie skreślam ich z listy znajomych za niesubordynację
niewypowiedzianą, już planuję pogróżki, ale też błagania, bo firma musi mieć
przecież te 100 lajków... Tak, przyznaję się, wpadłem w pułapkę facebooka na
czas pobytu w Nowej Zelandii i tylko ze względu na moją pracę/niepracę. No cóż,
łatwiej będzie mi teraz zrozumieć co mówi do mnie mój przyjaciel z Kielc:-) Zakładam
jednak, że mój związek z Zuckerbergiem będzie chwilowy, obym miał rację.
Chaotycznie trochę tym razem, ale też nie ma ładu żadnego w
pracy glazurnika/managera/marketingowca/zaopatrzeniowca/telemarketera.... Zakładam,
że będę kim tylko trzeba pamiętając, że to tylko narzędzie do celu nadrzędnego,
czyli odkrywania NZ. Zgodnie z angielskim powiedzeniem: Fake it till you make
it, czego nie potrafię, to udaję, że potrafię i nadal czekam, aż ktoś zawoła,
że król jest nagi:-))))))
A na koniec fotka z dzisiaj. Kiedy wydaje się, że dzień jak
co dzień, wiadomo, w biurze, czyli garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie, to
trzeba pojechać na jedną z robót i "ponadzorować" prace. Jadę sobie,
a na miejscu, przed domem, taki widok. Ech... mieszkają sobie ludzie, oj
mieszkają.

Pozdrowienia Panie Glazurniku, również dla rodzinki! Nadal podziwiam za odważne łamanie schematów choc jeszcze bardziej zazdroszczę doznań i przygód! A w chwilach zwątpienia pomyśl ile wyjątkowych doświadczeń zyskujesz każdego dnia i ile będziesz mocniejszy po tych wakacjach. Pomyśl również, że my Polacy jesteśmy najlepszymi improwizatorami... :-) Widzę, że szczęście dopisuje ale kciuki trzymam. Pzdr. RafałD
OdpowiedzUsuń