Pierwszy dzień nowego roku witamy leniwie, a potem przemierzamy trasę ze wschodu na zachód Południowej Wyspy. Droga, którą przemierzaliśmy już kilka razy, ciągle nas zaskakuje nowymi odsłonami. Każda pora roku zmienia ją i ukazuje inne oblicze. To ciekawe obserwować reakcje dziewczyn, ich pierwsze smakowanie widoków NZ ;-) Lubię podpatrywać, jakie emocje budzą się w ludziach w zetknięciu z miejscami, które, moim zdaniem, wiele tych emocji potrafią wygenerować.
Morze Tasmana wita nas wzburzonym przypływem. Jest pięknie. Idziemy brzegiem ciesząc się tym widokiem, każdy na swój sposób.
Dzieci wczuwają się w role przewodników, chciałyby im wszystko pokazać. Ale trzeba wybierać, czasu aż tyle nie ma. I ważne, żeby nie wpaść w ten pęd na oślep przed siebie, żeby umieć się zatrzymać i zwyczajnie nacieszyć tym, co tu i teraz.
'Nie uważasz, że wspaniale byłoby rzucić wszystko i pojechać gdzieś, gdzie nikogo nie znamy? Czasami mam straszną ochotę to zrobić'. (Haruki Murakami) My też mieliśmy. Stąd pomysł na roczny wyjazd do Nowej Zelandii. Bo dalej już nie można.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełęcz Artura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełęcz Artura. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 stycznia 2015
czwartek, 13 listopada 2014
Country comes to town…
…czyli wieś brata się z miastem. Pod tym hasłem w Christchurch corocznie odbywa się wielkie święto, początkowo bardziej regionalne (ChCh leży w Canterbury, jednym z 16 regionów NZ), od pewnego czasu traktowane już jako ogólnonarodowa atrakcja. Bo i jest co oglądać. Na kilka dni do miasta zjeżdżają się farmerzy z całym dobytkiem - nowozelandzka wieś w pigułce (Canterbury uważany jest za najbardziej rolniczy dystrykt w NZ). Do wyboru masz bydło i zwierzaki w każdej możliwej postaci, przegląd maszyn rolniczych od staroci do najnowszych okazów i mnóstwo innych atrakcji. Po kilku godzinach chodzenia, oglądania, głaskania i przytulania (dzieci powycierały się o wszelką dostępną zwierzynę) miałam już dość, ale warto było. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile może być rodzajów krów, kóz, o owcach nie wspominając.
A zaraz potem w drogę i nasza ulubiona (jak na razie) trasa na Zachodnie Wybrzeże. Już nawet dzieci kojarzą, że to jest ta ‘sucha’ strona gór (dlaczego – bo Alpy zatrzymują chmury deszczowe), a za Przełęczą Artura już zielono-soczyście. Jadąc odnosimy wrażenie, że droga jest tu jedynym śladem ingerencji człowieka. Plus tory dla TranzAlpine (często pojawiający się w przewodnikach jako pociąg jadący przez najpiękniejszą trasę na świecie). I my tę trasę pokonujemy już trzeci ( i nie ostatni) raz. I bardzo ją lubimy :-) Z całym zróżnicowaniem przyrody i krajobrazów. Z tymi uroczymi miejscowościami z jedną kafejką i (daj Boże) stacją benzynową. Warto pamiętać, że większość sklepów i restauracji zamykana jest o godz. 17.00, więc jadąc po tej godzinie na oparach koncentracji i marząc o kawie możesz przeżyć gorzkie rozczarowanie. Nam się udało i po kilku ucałowaniach klamek w końcu trafiliśmy na otwarte drzwi. Co ciekawe w najbardziej obleganej turystycznie miejscowości na Przełęczy Artura (pod taką samą nazwą) kawa kosztuje tyle samo, jak na pozostałych częściach wyspy. Nie ma zróżnicowania na mniej lub bardziej atrakcyjne miejsca – tu gorzko wspominamy cenę kawy zakupionej niegdyś na Kasprowym Wierchu :/ I co warto odnotować – w każdym, nawet najbardziej zapyziałym miejscu możesz zapłacić kartą. Niby nic, ale bardzo ułatwia życie, szczególnie tym, co wiecznie zapominają o gotówce w portfelu.
I już na Dzikim Zachodzie. I cudownie słyszeć ten żywioł za oknem, siedząc przy kominku, popijając znakomite nowozelandzkie Sauvignon Blanc i planując wyprawy na najbliższy weekend. To jedna z tych chwil, gdy czujesz się we właściwym miejscu i czasie...
| Ten spodobał się nam najbardziej! |
| Pozycja profesjonalnego fotografa! |
| Dla samych owiec potężna hala z setkami wydzielonych boksów |
| Obejrzeliśmy sobie popisy psów pasterskich, których ceny osiągają tu zawrotne sumy |
| Takie dziwne, nieco demoniczne bydlę |
| Matylda wręcz wytarzała się z tymi cielaczkami ;-) |
| A to maleństwo... urodziło się na naszych oczach :-) |
| Konie we wszelkiej możliwej postaci - raj dla Matyldy |
| Jeden dobrał się jej do plecaka |
| Wiadukt Otira widziany z przełęczy Artura (35 m wys.i 440 metrów dług.) |
| Wybudowany po tym, jak wskutek lawin i osuwisk droga stała się zbyt niebezpieczna, a trasa zbyt obfita w wypadki. To po prawej to właśnie trasa byłej drogi. |
| Kea przy drodze |
I już na Dzikim Zachodzie. I cudownie słyszeć ten żywioł za oknem, siedząc przy kominku, popijając znakomite nowozelandzkie Sauvignon Blanc i planując wyprawy na najbliższy weekend. To jedna z tych chwil, gdy czujesz się we właściwym miejscu i czasie...
sobota, 4 października 2014
Ze wschodu na zachód
Nie sprawdzam już prognoz pogody, nie ma sensu. Nijak się mają do tego, co faktycznie za oknem. Na dzisiaj zapowiadali zimno, deszcz i zachmurzenie całkowite. No i? Błękitne niebo, trochę chmurek, to wszystko wprawdzie okraszone chłodnym wiatrem, ale taka pogoda towarzyszyła nam przez całą drogę ze wschodu na zachód wyspy. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i …. radości :-) I takie pozytywne rozczarowania lubię najbardziej!
O tym, jak malownicza jest to trasa już wspominałam. Wyjeżdżając z lekka pofałdowanych okolic Christchurch widzisz przed sobą Alpy Południowe i jedyną drogą, by dotrzeć do Zachodniego Wybrzeża jest ich przekroczenie – między innymi przez Przesmyk Artura (Arthur’s Pass). Droga powoli przechodzi w wijącą się między pagórkami i wzgórzami serpentynę. Po obu stronach masz takie widoki, że obawiam się o koncentrację kierowcy. Na szczęście ruch jest coraz mniejszy im dalej od miasta, a i prędkość staruszka Honda osiąga ‘zawrotną’ ;-) Poza tym zatrzymujemy się często, między innymi w miejscu ponoć udającym swego czasu Śródziemie - Castle Hill (uważane również za tutejszą stolicę bouldering’u, czyli wspinaczki po wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną/ Wik. ). Dzieciaki szaleją, wspinają się, chowają w jaskiniach, skaczą, nam skacze ciśnienie, jest super :-)
Robimy niedługi i spokojny spacer prostym szlakiem (raczej szlaczkiem) do jednego z licznych wodospadów i w samym Arthur’s Pass, czyli małej wiosce zatrzymujemy się na kawę. I tu spotkanie pierwszego stopnia z papugą Kea, o agresywności której przekonaliśmy się na własnej skórze. Idziemy z tacą pysznych ciastek do stolika, a ta bezczelna małpa ładuje się z dziobem, za nic mając nasze krzyki i wymachiwania. Dzieci w pisk, Fitu dzielnie czmychnął z tacą (co za motywacja – nie stracić takiego deseru!), a potem już tylko śmiech. No ale zjedliśmy w środku, nie ryzykując kolejnego natarcia agresora.
Niewinna serpentynka przeobraziła się już dawno w stromą drogę, a zamiast pagórków z każdej strony wyrosły otulone lodowymi czapami szczyty z ostrymi graniami. W samym Parku Narodowym Przełęczy Artura leży 16 ponad dwutysięcznych wierzchołków, jest więc co podziwiać. Snujemy się leniwie, bo na więcej nie pozwalają warunki ani zdrowy rozsądek. W miarę zbliżania się do wybrzeża robi się coraz bardziej płasko, Alpy zostają w tyle. Mijamy nieliczne górniczo-rolnicze wioski, w których czas jakby się zatrzymał. Po tej stronie wyspy zagarniającej większość opadów transportowanych z zachodu zieleń szybciej nabiera intensywności. Nawet dzieci zauważają różnicę między tutejszą bujną roślinnością, a skalistym krajobrazem pustkowia, który zostawiliśmy za górami.
Docieramy do chaty przed wieczorem. Z głowami pełnymi obrazów. Ze spokojniejszymi myślami. Z poczuciem, że trzeba czasami oczy z domu wywieźć, żeby mogły zobaczyć, do czego tak naprawdę służą :-)
O tym, jak malownicza jest to trasa już wspominałam. Wyjeżdżając z lekka pofałdowanych okolic Christchurch widzisz przed sobą Alpy Południowe i jedyną drogą, by dotrzeć do Zachodniego Wybrzeża jest ich przekroczenie – między innymi przez Przesmyk Artura (Arthur’s Pass). Droga powoli przechodzi w wijącą się między pagórkami i wzgórzami serpentynę. Po obu stronach masz takie widoki, że obawiam się o koncentrację kierowcy. Na szczęście ruch jest coraz mniejszy im dalej od miasta, a i prędkość staruszka Honda osiąga ‘zawrotną’ ;-) Poza tym zatrzymujemy się często, między innymi w miejscu ponoć udającym swego czasu Śródziemie - Castle Hill (uważane również za tutejszą stolicę bouldering’u, czyli wspinaczki po wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną/ Wik. ). Dzieciaki szaleją, wspinają się, chowają w jaskiniach, skaczą, nam skacze ciśnienie, jest super :-)
Robimy niedługi i spokojny spacer prostym szlakiem (raczej szlaczkiem) do jednego z licznych wodospadów i w samym Arthur’s Pass, czyli małej wiosce zatrzymujemy się na kawę. I tu spotkanie pierwszego stopnia z papugą Kea, o agresywności której przekonaliśmy się na własnej skórze. Idziemy z tacą pysznych ciastek do stolika, a ta bezczelna małpa ładuje się z dziobem, za nic mając nasze krzyki i wymachiwania. Dzieci w pisk, Fitu dzielnie czmychnął z tacą (co za motywacja – nie stracić takiego deseru!), a potem już tylko śmiech. No ale zjedliśmy w środku, nie ryzykując kolejnego natarcia agresora.
Niewinna serpentynka przeobraziła się już dawno w stromą drogę, a zamiast pagórków z każdej strony wyrosły otulone lodowymi czapami szczyty z ostrymi graniami. W samym Parku Narodowym Przełęczy Artura leży 16 ponad dwutysięcznych wierzchołków, jest więc co podziwiać. Snujemy się leniwie, bo na więcej nie pozwalają warunki ani zdrowy rozsądek. W miarę zbliżania się do wybrzeża robi się coraz bardziej płasko, Alpy zostają w tyle. Mijamy nieliczne górniczo-rolnicze wioski, w których czas jakby się zatrzymał. Po tej stronie wyspy zagarniającej większość opadów transportowanych z zachodu zieleń szybciej nabiera intensywności. Nawet dzieci zauważają różnicę między tutejszą bujną roślinnością, a skalistym krajobrazem pustkowia, który zostawiliśmy za górami.
Docieramy do chaty przed wieczorem. Z głowami pełnymi obrazów. Ze spokojniejszymi myślami. Z poczuciem, że trzeba czasami oczy z domu wywieźć, żeby mogły zobaczyć, do czego tak naprawdę służą :-)
| Opuszczamy granice Christchurch |
| W drodze |
| Castle Hill |
| Kto znajdzie małe Fiorki? |
| Osuwiska i spadające kamienie to jedne z największych zagrożeń tej trasy |
| Ciastka zjedzone, może być chwilowy rozejm! |
| Z wydłubywaniem uszczelek to wcale nie jest ściema! |
| Przez pół godziny tylko ;-) |
| I już na miejscu :-) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)