Sama droga z Christchurch do Akaroa jest tak malownicza, z pochowanymi zatokami i zakamarkami, że w sumie można byłoby spędzić cały dzień jadąc i zatrzymując się co kilka kilometrów. Zatrzymaliśmy się więc w Birdlings Flat, zatoce będącej przyczółkiem wszelkiego rodzaju ptactwa. Niesamowite miejsce...
| Wielkie stado zrobiło sobie akurat postój i na naszych oczach szykowało się do odlotu |
Dla przypomnienia, Akaroa i cały półwysep to pozostałości po olbrzymich erupcjach wulkanicznych. Sama zatoka to potężny krater zalany krystalicznie czystą, turkusową wodą. Przyroda jawi się tam we wszystkich możliwych odcieniach piękna – malownicze zatoki o nieregularnych liniach brzegowych, cypelki, pagórki, cuda niewidy ;-) Samo miasteczko jest nieco senne, jakby zatrzymane w czasie francuskiego kolonializmu. Z uroczymi domkami obrośniętymi kwieciem różnego rodzaju. Urocze – to słowo oddaje w pełni charakter miasteczka. Wszystko do siebie pasuje – jak idealny krajobraz pocztówkowy.
| Akaroa z oddali |
| Francuskie akcenty na każdym kroku |
| Pohutukawa wszechobecna ;-) |
| To wcale nie jest takie proste :P |
Z tymi delfinami to nie takie hop siup. Kontakt z nimi musi wynikać z ich własnej woli. Albo chcą się bawić, albo nie. Proste. To czekamy, aż się nami zainteresują. Już, już prawie są przy nas, my do wody i… cisza. Przewodniczka każe nam śpiewać i wydawać przedziwne dźwięki, żeby przyciągnąć ich uwagę. To śpiewamy, kląskamy, jodłujemy. Hymn cały odśpiewałam.. Zniknęły. I tak w kółko. Zabawa w berka z delfinami. My gonimy je, potem one nas. Skaczą, popisują się. My kolejny raz wskakujemy do wody. Początkowo z lekką nieśmiałością, bo w sumie ocean już głęboki i nieco przerażający. Ale po chwili już sama radość. Niestety, delfiny nie miały ochotę na bliższy kontakt, więc nieco z oddali. Dla nas i tak pełnia szczęścia. A jak jeszcze zwrócili nam część $ (czyli potraktowali jak obserwatorów z łodzi) to postanowiliśmy zjeść suto i bogato, pozwalając sobie na specjały półwyspu – świeże owoce morza plus Kiwi burgery i inne pyszności. Suma summarum – pływanie w głębinach oceanu było, delfiny były, lokalne specjały były. Było UROCZO :p
WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ :-)
A jutro rozchichotane dziewuszki (to określenie Matyldy!) ruszają na czterodniowy podbój stolicy, Wellington! Ale nam tu będzie pusto bez nich...
Ale super...
OdpowiedzUsuńPrawdziwe wakacje :) normalnie, po ludzku, nieszkodliwie zazdroszczę :) Jula i Laura zachwycone filmikiem, o zdjęciach już nie wspomnę. Zresztą jak zawsze :) Pozdrawiamy i życzymy wielu jeszcze takich wrażeń. DP
OdpowiedzUsuńPani Doroto, ja to rozumiem :-) Dziękuję za życzliwe słowa. Magicznej, białej zimy życzymy.
Usuń