Poniedziałek:
Ruszamy na skos wyspy w kierunku południowego zachodu*. Ok. 650km, trasa na cały dzień.
Lądujemy w Te Anau i szybko spać, bo…
Wtorek
…budzi nas bladym świtem. Mamy do pokonania kolejne 119km, żeby zdążyć na 9.30 na rejs po Milford Sound**. Niby niewiele, ale biorąc pod uwagę zapewnienia National Geographic, że ta szosa to jedna z najpiękniejszych tras samochodowych świata, należy przewidzieć liczne przystanki i mniej lub bardziej udane próby uchwycenia widoków w kadrze ;-)
Po dwugodzinnym rejsie statkiem wyruszamy na 32-kilometrowy szlak Routeburn***.
Czwartek
Miejmy nadzieję, że cali i zdrowi dochodzimy do celu. Dojeżdżamy do Queenstown****. Gdzie w końcu możemy się umyć ;P i dojść do siebie, żeby w sobotę ruszyć w kierunku Christchurch.
A że przez cały tydzień będziemy raczej odcięci od cywilizacji i laptop zostaje w domu, to wrażeniami będziemy się dzielić po powrocie. Pewnie na raty, bo tyle tego będzie. Także przez kilka dni dajemy od siebie odpocząć ;-) To be continued…
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Park Narodowy Fiordland – najbardziej pierwotny, dziewiczy z nowozelandzkich krajobrazów, który, ze względu na swoją niedostępność, nie został w całości eksplorowany. Wiele tam miejsc, gdzie jeszcze nie stanęła ludzka stopa. W przewodnikach powtarzają się określenia takie jak: ‘prehistoryczny pejzaż pełen urwistych masywów i przepastnych fiordów; najdziksza, najwilgotniejsza i najodludniejsza część Nowej Zelandii obfitująca w widoki jezior, lodowców, hal, gór i nieoczekiwanego piękna.’
To właśnie nasz cel.
**Fiord Milford Sound ma długość 16 km, a jego najbardziej charakterystycznym punktem jest szczyt Mitre Peak (jak obiecuje przewodnik - niemal pionową ścianą wyrasta z morza na wysokość 1692m.), ponoć najwyższy klif fiordowy na świecie. Dwugodzinny rejs odbywa się wzdłuż brzegów fiordu. Mając świadomość, że Fiordland to oficjalnie najbardziej deszczowe miejsce świata – 220 deszczowych dni w roku – możemy jedynie liczyć na odrobinę szczęścia ;-)
***Cała Nowa Zelandia poprzecinana jest szlakami wszelkiego rodzaju, w tym posiada dziewięć ‘Great Walks’, czyli (jak ktoś to trafnie ujął) ‘krajobrazowo-dystansową szlakową elitę, którą każdy szanujący się turysta przejść winien’. Routeburn jest jednym z nich. Ten 32-kilometrowy szlak obfituje w jedne z najbardziej różnorodnych krajobrazów: lasy deszczowe i nie tylko, ośnieżone szczyty Alp Południowych, flora alpejska, jeziora, wodospady kaskadowe i panoramiczne widoki. Tak przynajmniej piszą w wielu miejscach. Już jakoś głupio mi wspominać, że w maju 2005 roku został uznany przez National Geographic Adventure za jeden z jedenastu najlepszych szlaków na świecie :P
Na Routeburn mamy niecałe 3 dni. Idziemy dźwigając cały bagaż na plecach, śpimy po drodze w chatach o bardzo podstawowym standardzie, jemy to, co jesteśmy w stanie spakować do plecaków. Higiena osobista w bardzo ograniczonym zakresie, czyli zęby :P To tak w wielkim skrócie. Jednym ze sposobów na ochronę unikalnej przyrody jest ograniczenie miejsc noclegowych, a tym samym ludzi pojawiających się w ciągu dnia w danym miejscu. Dlatego rezerwację chat robiliśmy jakieś 4 miesiące temu i już wtedy było krucho. To jednak daje nam nadzieję, że nie będziemy się obijać o innych na szlaku, jak – nie przymierzając – często bywało w Tatrach (naszych ukochanych, jednak bardzo zatłoczonych).
Routeburn w nieco lukrowanej wersji - bo niby dlaczego nie pokażą trekkingu w strugach deszczu? :P Ale mniej więcej tego się spodziewamy, czy raczej na to liczymy:
****Queenstown – stolica sportów ekstremalnych. To tutaj w 1988 roku na moście Kawarau wykonano pierwszy bungy jumping, w pobliżu zaprojektowano pierwszy jet boat, wymyślono canyon swing (huśtawka nad kanionem – od samego czytania opisu było mi niedobrze….;-). Tutaj możesz zrobić wszystko, co podniesie ci poziom adrenaliny do maksimum! Yhm....
_____________________________________________________________________________
Wczoraj wieczorem odkrywałyśmy (my- tylko dziewczyny) uroki nocnego życia Christchurch - ale spostrzeżenia innym razem. A dziś karnie stanęłyśmy na baczność i ruszyłyśmy (znów tylko w naszym kobiecym gronie) na Taylor's Mistake - malowniczy szlak po pagórkach wzdłuż oceanu (już kiedyś o nim pisałam).
Wieczór w miłym gronie Abramsów, mnóstwo rad i wskazówek na pożegnanie, a potem już tylko pakowanie, biadolenie, wściekanie się, znów pakowanie. I już jesteśmy gotowi! Jutro ruszamy i cokolwiek się wydarzy - damy radę ;-) No nie mamy innego wyjścia.
| Tym będziemy się żywić przez trzy dni |
| Cóż... pogodę zapowiadają nawet do -5 stopni! Czapki zakupione i gotowe na wyprawę ;-) |
| Jeszcze ostatnie spojrzenie na przystojnych surferów :-) i... w drogę! |
No to... do zobaczenia za tydzień ;-)

Trzymamy kciuki, żeby Wasz plan w 100% udało się zrealizować i czekamy z niecierpliwością na relacje oraz fotki. Pozdrawiamy, Iwona i Tomek
OdpowiedzUsuńPowodzenia !!! Trzymam kciuki, żeby Wasz plan został zrealizowany w 101%. A tak na marginesie nie mogę doczekać się kolejnego posta i zdjęć...TAAAKICH zdjęć. Pozdrawiam DP
OdpowiedzUsuńUdanej wycieczki:) Nie mogę się doczekać smakowitych zdjęć:)
OdpowiedzUsuń