Wszystko, co niezbędne – ubrania na każdy scenariusz pogodowy, śpiwór, jedzenie pakujesz na plecy i w drogę. Dzień pierwszy to głównie lasy deszczowe z bujną soczystą roślinnością. Wodospady na każdym kroku (w sumie Filip naliczył 105, a w tym pierwszym dniu było ich ponad 70). Powoli wyłaniające się szczyty Alp Południowych. Pogoda nam sprzyja, więc tylko przyglądamy się z lekką obawą potokom mniejszym i większym, które w razie ulewy mogą skutecznie podtopić nasz szlak. Dzień pierwszy, z racji porannego rejsu na fiordy, rozpoczęliśmy z opóźnieniem, więc trzymamy tempo marszu. Pod wieczór dochodzimy do pierwszego miejsca noclegowego, zwanego Lake Mackenzie Hut. Okolica jest piękna – chata leży w dolinie nad szmaragdowym polodowcowym jeziorem. Mijamy pierwszy budynek – na tarasie pani czyta książkę popijając wino. To wersja dla miłośników luksusu, którzy mogą pokonać ten szlak w opcji all-inclusive. Za ‘jedyne’ 1100$ do dyspozycji ma się prywatne kwatery z ciepłą wodą, wygodną sofą, zimnym piwem plus towarzystwo przewodnika górskiego. Ale my idziemy dalej, do chaty drugiej kategorii, która wygląda jak schludny barak z pryczami. Oczywiście bez prądu. Obok pomieszczenie kuchenne (jedynie palniki, żadnego wyposażenia). Toalety i umywalki z lodowatą wodą na zewnątrz. Tak miało być i tego się spodziewaliśmy, więc rozczarowania nie ma. Jesteśmy zmęczeni, więc połykamy skondensowane papki i wskakujemy w śpiwory, bo przed nami najdłuższy i najtrudniejszy odcinek szlaku. I tylko przez chwilę przychodzi nam wszystkim myśl, że góry zawsze kojarzyły się nam z zasadą, że nie ma tu miejsca na podział warunkowany zawartością portfela… Że to właśnie jedno z tych miejsc, gdzie nie różnicuje się ludzi w ten sposób. Taka myśl tylko…
| No to w drogę! |
| Pierwszy nocleg - nasz barak tam hen z tyłu :P |
| Jezioro przed chatą |
| Przeżyjemy ;-) |
| Da się przełknąć :P |
| Takie widoki rano po przebudzeniu |
| Prawdziwa uczta ;-) |
Kończysz szlak i, oczywiście, czujesz ulgę. I dumę. Wielką dumę z dzieci :-) Ale gdzieś w środku jest też mały smutek, że już… Że wracasz do życia, w którym trzeba podzielić uwagę na tyle różnych rzeczy. A tam idziesz, przed siebie idziesz. I tylko to się liczy. Żeby dotrzeć do celu. Nic innego cię nie rozprasza. To niezwykle wyzwalające uczucie.
Największym problemem po ukończeniu szlaku jest zazwyczaj to, że twoje auto jest jakieś… 300km dalej! Tyle zajmuje droga samochodem z punktu wyjściowego do końca trasy Routeburn. Można było wydać jakieś 700$ ( na naszą siódemkę) i skorzystać z przewozu. A można też było wykombinować, że na pewno ktoś wpadł na pomysł doprowadzania ludziom aut i zapłacić za to niecałe 300$. I mieć jeszcze Toyotę pod nosem zaraz po wyłonieniu się z buszu ;-)
WIĘCEJ ZDJĘĆ ZE SZLAKU TUTAJ :-)
Późnym popołudniem dotarliśmy do Queenstown. Inny świat. Po trzech dniach odcięcia nagle atakują cię zewsząd dźwięki, telefon już pika, mózg trochę wariuje. Ale gdy zanurzasz głowę pod ciepły prysznic to cieszysz się jak dziecko. I z tego, że kawy możesz się napić. I że nikt ci nie chrapie nad uchem. I że nie marzniesz w nocy i masz poduszkę pod głową. I z wielu innych prostych rzeczy. Doceniasz je. Po trzydniowym szlaku na odludziu Queenstown było jak rozpędzona karuzela. Ale o tym jutro.


Czytamy i chłoniemy każde słowo, a każde zdjęcie oglądamy po naście razy, niesamowite...takich widoków nie ogląda się nawet w bajkach ! Bosko to za mało powiedziane :) ... i wyobrażam sobie radość, że już można się napić kawy :) Pozdrawiamy DP
OdpowiedzUsuńPodziwiam i widoki i Was, a szczególnie dzieciaki, że dały radę. Zagapiam się na zdjęcia z otwartym buziakiem i ....... jakbym tam troszkę była :-) Iwona
OdpowiedzUsuń