Jadąc na północ zatrzymujemy się na chwilę w samym centrum miasta, CBD czyli centrum biznesowo-administracyjnym z siedzibami międzynarodowych korporacji, bankami, apartamentowcami i biurowcami. Wysypujemy się z naszego kampera i ruszamy ulicami, które dziwnie nas przytłaczają. Coś jest nie tak… Coś nie pasuje do klimatu Nowej Zelandii, jaki towarzyszył nam przez ten niespełna rok. O co chodzi?! Rozglądamy się wokoło – elegancka korpo-moda rozsiada się właśnie z sushi lunchem lub gna już przed siebie z obowiązkowym telefonem, przepraszam, smartfonem przy uchu. Jakieś inne tempo, szybszy bieg, aż sami nabieramy prędkości i pędzimy wraz z tłumem. Nagle przypadkowo spoglądamy w mijaną witrynę sklepu i uderza nas kontrast. KOLOSALNY KONTRAST! Ubierając się w to, co już zostało, wyschło w międzyczasie, bez możliwości harmonijnego zestawienia kolorów... Ba! Bez możliwości ubrania się w to, co lubisz i co ci ewentualnie pasuje zakładasz na siebie to, co masz po prostu! No więc patrzymy na ten nasz zbitek freestyle w klimacie cepelii i przetrwania, patrzymy na Francję-elegancję wokół i mając poczucie, jakby nam słoma wychodziła z butów możemy już tylko zafundować sobie wielką porcję lodów i, śmiejąc się z siebie, usiąść w środku tego nierealnego świata i sobie patrzeć…
Na 328-metrową iglicę Sky Tower, z której ponoć są bajeczne widoki, ale nas nie stać. Na port jachtowy tuż przy centrum z dziesiątkami kuszących restauracji, oferujących owoce morza i inne wykwintne dania, na które nas nie stać :P Ale stać nas na kawę i ulubionego scone’a, rodzaj bułki z daktylami. Siadamy nad przystanią jachtową Westhaven Marina i podziwiamy zacumowane cuda techniki. Miasto Żagli – to popularne określenie Auckland. Jeśli na trzy rodziny (gospodarstwa brzmi jakoś nie na miejscu, prawda? :P) jedna posiada własną łódź to nomenklatura w pełni uzasadniona. Widok na zatłoczoną marinę bajkowy, nierealny wręcz. Jak życie części aucklandczyków, którzy zapewne udzielili odpowiedzi na pytania ankiety o aglomerację z najlepszymi warunkami do życia (wg rankingu Quality of Living 2014 Mercera Auckland plasuje się na III miejscu, zaraz po Wiedniu i Zurychu). Części, bo znaczny procent miejskich dzielnic z przewagą rdzennych Maorysów i ludności polinezyjskiej kłuje w oczy społecznymi kontrastami. Nie mieliśmy jednak szansy obejrzeć Auckland w każdym wymiarze, niestety. Nie było realnej opcji czasowej, szczególnie, że miasto rozciągnęło się na długość 40 km. Popatrzyliśmy więc na ten baśniowo-urzekający obraz Auckland i takie je zapamiętamy.
![]() |
| Przystanek w Auckland w drodze na północ. Po płaskim Christchurch, które tutaj uważa się za daleką prowincję, takie gabaryty nas nieco przytłaczają |
![]() |
| Taka sytuacja... czekamy na zielone na przejściu dla pieszych i jak się włącza to idziemy kulturalnie po obwodzie, a cała reszta po skosie, wszyscy naraz we wszystkie możliwe strony... hmm... |
![]() |
| A w Christchurch każdy chodził ubrany, jak chciał... nawet w centrum, którego zresztą nie było... |
![]() |
| A tu już w Auckland po powrocie z dalekiej północy. Kolejna malownicza miejscówka na obiad :-) |
![]() |
| Marina Westhaven |
![]() |
| To my ;-) |
![]() |
| Ponoć 'must see' Auckland. Dla nas pozostanie 'ponoć' :P Ponoć też najwyższa budowla na półkuli południowej. |
![]() |
| Auckland określa się często jako 'Miasto żagli', bo w zatokach cumuje przeszło 135 tysięcy jachtów! |
















Tu G. Pięknie, po prostu pięknie. Żal trochę tego wszystkiego. Skłania ta Wasza podróż do refleksji...ale z drugiej strony fajnie że wracacie,choć życzyłem inaczej. Do milego.
OdpowiedzUsuńAż trudno uwierzyć, że kończy się ta Wasza podróż. Hmmm bedzie żal i to bardzo, czytanie bloga, ogladanie zdjęć i wczuwanie się w klimat NZ to juz taka "nowa, świecka tradycja". Ale z drugiej strony cieszymy się bardzo, że już za chwilkę wracacie do nas. iwona
OdpowiedzUsuń