Trochę jak w tych filmach… Impreza zaczyna się od toastów ‘Merry Christmas’ i strzelania ‘crackers’ – czyli wielkich papierowych cukierków, co to boom i wypadają niespodzianki w postaci – standardowo: papierowy kapelusik (i nie myśl, że nie założysz!) i karteczka z żartem, którą odczytuje się na forum; dodatkowo – drobiazgi, zabaweczki, etc. Później jedzenie – wielki kawał szynki lub inne mięsa, różne odmiany ziemniaków/ kumary i mnóstwo warzyw – dynia, papryka, szparagi, brokuły. A na deser Pavlova – taka, jaką widzieliśmy tylko na zdjęciach do tej pory: klasyczna z dużą ilością owoców. My, z racji ograniczenia sprzętu, składników co niektórych i poniekąd umiejętności, tudzież zamiłowania do kucharzenia, dołożyliśmy do tego krokiety i drożdżówkę. Wszystko było smaczne, lekkie i chyba pierwszy raz wstaliśmy od wigilijnego stołu z nasyceniem umiarkowanym ;-)
A potem już wino na tarasie i rozmowy. Poznaliśmy przyjaciela rodziny Carrie oraz córkę Abramsów Ariel (to już trzecia poznana przez nas latorośl z całej Abramsowej szóstki!), jej męża Andrew i trzy córki (biedny Andrew! już mój tato coś o tym wie :P). Swoją drogą to dla nich też rozpoczyna się nowy etap w życiu – po latach mieszkania w Australii przeprowadzili się do Christchurch. Dzieci – australijsko-nowozelandzkie i polskie, przed obiadem zdążyły jeszcze zanurkować w ogrodowym basenie. Było miło, leniwie, przyjemnie…
I choć wiele brakuje mi w podejściu Kiwi do świąt to jedno muszę im przyznać – potrafią się nimi cieszyć. Bez gonitwy, urabiania się po łokcie, bez tego przemęczenia, które czasem sprawia, że do Wigilii siada się już ostatkiem sił. Jest w tym dużo typowo nowozelandzkiego luzu, braku przejmowania się i podejścia 'let's have fun'. W zupełnym przeciwieństwie do tego, o czym niedawno ktoś mi napisał w mailu: ‘Bardzo nie lubię Christmas w Londynie - kupowania prezentów już od września oraz kupowania gotowych dań i ciast oczywiście w odpowiednim sklepie w którym 'wypada' się pokazać i z którego reklamówką można chodzić ;). Co sprytniejsi Anglicy robią zakupy w tańszych sklepach, po czym zakupy pakują do bardziej 'posh' reklamówki ;) W ogóle ciekawy jest snobizm na sklepy i reklamówki, mój znajomy nauczyciel raz powiedział 'Nobody would see me with a Lidl bag!'. Kiedy skomentowałam że nawet bym nie zauważyła skąd ma ową bag, spojrzał na mnie jakbym była z innej planety.’ Ciekawe to spostrzeżenia… Dały mi dużo do myślenia. Ja chyba jednak wolę być z innej planety.
Wieczorem kolędowanie w kościele. Z racji temperatury i ogromu wrażeń dzieci popadały jak muchy i wytaszczenie Fita na rękach z godnością przerosło moje możliwości. Wytoczyliśmy się jak bąki.
A dziś zagłuszając wyrzuty sumienia wywołane trzecią dokładką Pavlovej ruszyliśmy na 10-kilometrowy szlak wzdłuż linii brzegowej. I było pięknie… I nawet jak się na koniec zagubiliśmy w uliczkach, brnąc przez krzaki i i opuszczone domostwa (takie smutne zresztą) to zupełnie przypadkiem napotkaliśmy kwitnące drzewko wigilijne pohutukawa :-) I jednak nie rośnie tu wszędzie, jak nam wyjaśniła Judy. Tym większa nasza radość.
Gdy się tak maszeruje godzinami wzdłuż oceanu, słyszy głównie jego huk i własne myśli, to można przy każdym się na chwilę zatrzymać… O każdym pomyśleć i wysłać telepatycznie trochę ciepła. I to nie tylko tego od słońca. Moje myśli nieustannie wędrowały do bliskich, przyjaciół, ludzi pozornie obcych, którzy tyle życzliwości podarowali mi przez ostatnie miesiące..
I do Pana Krzysztofa K., który odszedł zbyt wcześnie, ale na tyle późno, by swoimi filmami zdążyć namącić nam w głowach, zmusić do refleksji...
| Odczytywanie żarcików |
| Bill jako szef kuchennego zamieszania :-) |
| Judy kończy swoje dzieło - deser Pavlova |
| No i wiemy, kto wziął najwięcej dokładek! |
| Pełen relaks ;-) |
| A w domu pod choinką... |
| I od razu wypróbowanie prezentów! |
| Dobra! Dziś poczułam, że już jestem gotowa na kąpiel w oceanie! Więc... następnym razem ;-) |
| Ze swoją zdobyczą |
| Żeby nie było.. ;-) |
Tak bardzo czekalam na ten wpis, bylam bardzo ciekawa swiat w NZ :) dziekuje :) DP
OdpowiedzUsuń