Oprócz hord Azjatów, Niemców, Francuzów, na każdym kroku czescy
sąsiedzi. Czechem był również Tomek, instruktor co razem z Pat polatał nad
Queenstown. Ki diabeł..?
No i wyszło szydło z worka… Jakim to jesteśmy narodem
wybranym :P
Jednym z najprostszych i najbardziej popularnych sposobów dla
młodych ludzi (przy czym ta młodość kończy się w wieku 30 lat :P) na legalny
roczny pobyt w Nowej Zelandii jest Working Holiday Visa. Jeśli chcesz
popracować dorywczo (nie dłużej niż 3 m-ce u jednego pracodawcy), a przy tym
poeksplorować jeden z najpiękniejszych krajów to rozwiązanie w postaci tego
programu wydaje się idealne. Tylko korzystać! Procedura aplikacji jest w
zasadzie dosyć prosta, szkopuł w tym, że przeważnie, zanim zdążysz się
zalogować w momencie uruchomienia rejestracji w lutym, … miejsc już brakuje! W
tym roku ponoć rozeszły się po kilkunastu minutach (decyduje kolejność
zgłoszeń)!
I teraz dochodzimy do sedna – na całą Polskę długą i szeroką
przewidziano rocznie… 100 przepustek do raju! Sto nie brzmi źle, zawsze to
lepiej niż pięćdziesiąt, prawda? To teraz dla porównania: Czesi – naród o jakieś
niecałe 30 mln uboższy w obywateli niż Polska – takich wiz ma do wykorzystania
rocznie… 1200! TYSIĄC DWIEŚCIE!!! I wszystko jasne… Jako gwóźdź do trumny można
nadmienić, że wielu naszych sąsiadów bliższych i dalszych (Niemcy, Francuzi, Duńczycy,
Włosi..) ma nieograniczoną liczbę miejsc i może aplikować o takową wizę w trybie
ciągłym. U nas, jak i u Słowaków, Litwinów, czy Estończyków jedno wielkie koło
fortuny i mglista szansa na legalne zatrudnienie w Kiwilandzie. Ale jakiś nikły
procent jest! Więc jeśli ktoś spełnia podstawowe warunki (wiek 18-30, środki finansowe w wysokości 4200 NZD, w ręku
bilet powrotny lub odpowiednie środki na jego zakup, ubezpieczenie, spełnione
warunki zdrowotne, odpowiedni charakter (???) i brak nadbagażu w postaci
dzieci) to może marzyć i aplikować. Jeśli przekroczyłeś jednak magiczny próg 30
lat, ale chęć wyjechania na dłużej do NZ dalej męczy niespełnionymi snami o
raju, to masz jeszcze dwa wyjścia: albo przekonać Kiwi, że twój fach jest im
niezbędny do szczęścia (spełniając przy tym szereg kosmicznych wymagań,
przechodząc przez tortury wizowej aplikacji, tony papierków, etc.), albo w
akcie ostatecznej desperacji możesz uwieść jakiegoś Legolasa na dobre i na złe
;-)
Dlaczego o tym piszę? Bo dawno temu, w czasach zamierzchłej
mej młodości brakowało mi wiedzy w tym temacie – jak wyjechać na dłużej w miejsca, wydawałoby
się, niedostępne, nierealne, egzotyczne, znane tylko z National Geographic,
jakie są możliwości i czy są w ogóle. Są i to różne (choćby opcje wszelakich wolontariatów). Można zżymać się na niesprawiedliwość losu i wizowe fiasko
Polaków na antypodach, ale jeśli chęci są, a jakaś furtka nieznacznie uchylona, to dlaczego by nie spróbować? Śledzę sobie zrywami blogi różnych pozytywnie zakręconych
ludzi, niekoniecznie takich, co to podróże wyssali z mlekiem matki. Bywa, że
całkiem zwyczajni to ludzie, choć robiący nadzwyczajne rzeczy. I jak mi dziś te
myśli po głowie krążyły to na stronie Przemka Skokowskiego wpadły mi w oko
słowa: ‘Tak sobie myślę, że brak odwagi i organizacji, to sabotaż na własnym
szczęściu’.
Chciałabym móc kiedyś swoim dzieciom pokazać, że jest wiele
możliwości. Że, nie będąc
uprzywilejowanym Brytyjczykiem, co to pół świata skolonizował i wszędzie wchodzi jak do siebie, czy socjalnie wychuchanym, zadbanym Skandynawem,
też ma się swoją szansę na przepustkę do raju. A czy wymiędlony wycinek z
gazety, co nad biurkiem latami wisiał wypłowiały, rajem okaże się w
rzeczywistości, to już od wielu zmiennych zależy i każdy ma prawo do własnych doświadczeń w
tym temacie.
Dla tych, którym myśl zakiełkowała:
Strona urzędu imigracyjnego dotycząca Working Holiday Visa dla
obywateli Polski
Jak dostać wizę krok po kroku ktoś rzeczowo opisał tutaj
Gdyby ktoś myślał o Australii to kilka przydatnych
informacji tutaj.
Pani Marto, wpis bardzo ciekawy. Dziś rzeczywiści możliwości (szczególnie dla młodych) jest wiele. Ale czasy naszej młodości to lata 90-te z szalejąca inflacją i potwornym bezrobociem, czasy gdy pokolenie naszych rodziców wkładało nam do głów uczenie się zawodu, który przyda się w życiu, czasy pracy na dwóch etatach by studia opłacić, mnie osobiście nie w głowie był wtedy raj. Całkiem przyziemne problemy zaprzątały wtedy moja młodą głowę. Dlatego nie do końca zgadzam się z Przemkiem Sokołowskim, choć to tylko moje subiektywne zdanie.
OdpowiedzUsuńWarto jednak naszym dzieciom i dzieciom znajomych pokazywać obecne możliwości, tak więc ten wpis uważam za lekturę obowiązkową:)
Pozdrawiam serdecznie, Ola
Pani Olu,
Usuńja mam pełną świadomość tego, że różnie bywało, że czasem realia bezlitośnie w ryzach te marzenia trzymały. Absolutnie nie oceniam niczyich decyzji życiowych, bo nie każdy miał możliwość wyboru, niestety.
Chodzi mi o to, by mieć świadomość, jakie w ogóle są możliwości, by wiedzieć. Żeby nie porzucać pomysłu, jeśli takowy się zrodził w głowie, już na starcie, dać sobie szansę.
Pozdrawiam :-)
Zgadzam się, dlatego cieszę się że dzięki pani blogowi młodzi ludzie dowiedzą się o możliwości takiego wyjazdu.
UsuńPozdrawiam i czekam na kolejny wpis :)