| W dole pośrodku tych wzgórz znajdowała się nasza chata |
Ale nad ranem już nieśmiałe słońce. Przez wzgórza rozsiane nad zatokami jedziemy do Dunedin, miasta założonego przez szkockich osadników i nazywanego drugim Edynburgiem (Dunedin to zresztą stara szkocka nazwa Edynburga). Na to rozlane na stromych wzniesieniach, pochylające się nad lazurową zatoką miasto możemy patrzeć i tylko wzdychać. Ma swój niezaprzeczalny urok – nie tylko w tej bajkowej naturalnej scenerii, z mnóstwem ścieżek rowerowych, biegowych wzdłuż zatoki i przecinających wzgórza, ale również ze swoją atmosferą pulsującego akademickiego miasta z pierwszym uniwersytetem w kraju, założonym w 1871 roku. Życie toczy się w sercu Dunedin, na placu zwanym The Octagon przez swój ośmiokątny kształt. Wokół placu i w uliczkach doń dochodzących mnóstwo klimatycznych miejsc, pubów, kafejek, w których chciałoby się od razu usiąść z książką i filiżanką Flat White... My pijemy kawę i gorącą czekoladę na schodach obserwując ludzi, stragany oferujące wszędzie to samo – wyroby z owczej wełny, nefrytową biżuterię. Spokój i miłe, przyjemne ciepło.
| Sobotni popularny tutaj targ, z grajkami takiej maści na każdym kroku :-) |
| Plac najlepiej byłoby sfotografować od góry - wtedy można byłoby docenić jego urok |
Wędrujemy uliczkami ocierając się o zabytkową architekturę wiktoriańską. Przyznaję szczerze, nie robi na nas piorunującego wrażenia. Bo trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy – nie po to lecisz do NZ te 18000 km, żeby podziwiać zabytki. W jednym z najmłodszych na świecie kraju, w którym miasta wzorowane są na brytyjskich metropoliach, byle stuletni budynek zaliczają do skarbów dziedzictwa narodowego. Co na nas, Europejczykach, niewielkie robi wrażenie. Kwintesencją NZ jest wszystko to co na zewnątrz – natura we wszelkich możliwych odsłonach. Niemniej jednak nie stronimy od miejskiego gwaru, charakterystycznego dla Kiwi leniwego letargu miasteczek, przerywanego od czasu do czasu jazgotem autokarów wypluwających głównie azjatyckie wycieczki.
| Dworzec kolejowy z 1904r. - ponoć drugie (po Operze w Sydney) obfotografowywane miejsce w Australalazji! Tak nam powiedziała rodowita mieszkanka Dunedin. Ile w tym prawdy, a ile PR-u? ;-) |
| Styl flamandzkiego renesansu - tak przynajmniej wyczytałam :P |
| Dla nas wiele budynków wpasowałoby się w klimaty nowojorskich ulic |
| W samym centrum DOM UCIECH! Sprawdziliśmy później ofertę na stronie... yhm... |
| Siedziba lokalnych władz, a tuż za nią anglikańska Katedra Św. Pawła |
| Zadyszka jest :P |
| A przecież ktoś tu mieszka i codziennie się wspina... |
| ... lub wjeżdża takim cudeńkiem ;-) |
Rozczarowania nie ma. Foki wygłupiają się w wodzie w beztroskiej zabawie. Lwy morskie rozłożyły się na skałach. Jest ich sporo. Siadamy na plaży i spokojnie obserwujemy. Dzieciaki na brzegu, foki ciekawskie podpływają i zaglądają. Trzymamy się na bezpieczną 10-metrową odległość, jak zalecają wszystkie możliwe oznaczenia. Tymczasem jedna z uchatek gramoli się na brzeg i rozkłada w pobliżu, odcinając nam drogę do wyjścia z plaży. Wkrada się nam lekki niepokój, więc poganiamy dzieci i powoli szykujemy się do odwrotu. Tylko, że wszędzie piszą co by nie przechodzić pomiędzy zwierzętami a wodą, bo to je denerwuje. Yhm… już lekka panika, ale na twarzach spokój grabarza. Zwłaszcza, że tłumek już się zebrał niezły i the show must go on :P W przeciągu kilku sekund lew morski zaczyna przemieszczać się w naszą stronę (jakie one szybkie!!!), prychając i obnażając zębiska i już krew nam odpływa z kończyn, już drałujemy przed siebie w popłochu. Udało się tylko, że…. lew rozłożył się przy porzuconych w panice butach Matyldy! Siadamy i czekamy. Każdy na każdego nakrzyczał, jakieś łzy poleciały i już zostaje nam tylko nerwowy śmiech. Uchatka rozkłada się i zaczyna drzemać. Przy butach, rzecz jasna. A tu na dodatek przypływ się zaczyna i fale coraz bliżej. I zaraz po butach śladu nie będzie...Zostań bohaterem swojego domu i stań oko w oko z lwem morskim ;-) Jak szpieg z Krainy Deszczowców, w przyczajonych podskokach, na palcach prawie, nasz bohater Jacek ratuje obuwie córki, co uwieczniam na filmie. Którego nie pokażę – pamiątka rodzinna :P Ale się działo… Nauczka jest – to nie zoo ani wyreżyserowane przedstawienie. To zwierzęta w swoim naturalnym środowisku i trzeba to uszanować. Dlatego też już nie gonimy tak za pingwinami, które zresztą i tak trudno zobaczyć ze względów czysto logistycznych – albo wcześnie rano, albo wieczorem tylko. Jeśli płochliwy i nieśmiały pingwin dojrzy człowieka w pobliżu swojego gniazda to już do niego nie wróci. Smutne. I mieć to na sumieniu? Nieee….
| Uchatki mają niezłą prędkość! Nie to, co bezradne foczki |
| Obczajanie coś ty za jeden |
| Akcja się zaczyna...Na razie gramolenie się na brzeg. |
| Takie tam, niby drapanie i spozieranie, kto śmiał na miejscu ulubionej drzemki się rozłożyć?! |
| Już po akcji! Ino butki się ostały :P |
| Już nam wystarczy, wracamy! |
| Ooops! |
| Tak sobie niewinnie leży... |
| Ale jak otworzy pysk...! |
| I już wędrujemy po wzgórzach podziwiając półwysep |
Wstaję wczesnym rankiem, żeby zobaczyć pierwszy wschód słońca na świecie. Na plaży cicho i pusto, tylko mewy plączą się pod nogami.
Budzimy naszego nieświadomego swoich 8 urodzin syna i w ramach prezentu zabieramy dzieci do fabryki czekolady Cadbury. Oglądamy kolejny wodospad, ale tym razem czekoladowy – tona płynnej czekolady spada z hukiem, gdy wszyscy śpiewają Filipowi Happy Birthday :-) Zdjęć brak, bo zakaz wnoszenia sprzętu. Urodziny nietypowe i na pewno zapamiętane na długo!
| Jeszcze poranna kawa w klimatycznym miejscu - u nas powiedzielibyśmy w duchu PRL-u ;-) |
| 'Nie wolno mi dziś dokuczać, bo jestem jubilatem!' :P |
WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ :-)
I to była już nasza ostatnia wycieczka na dalekie południe wyspy. Jeszcze szlaki w pobliżu Mt. Cook, obowiązkowo Zachodnie Wybrzeże i potem już pniemy się w górę, w kierunku Wyspy Północnej. Bo i już czasu coraz mniej…
Wszystkiego najlepszego dla Filipa, a ja zastanawiam się???? W którym momencie Jacek miał więcej adrenaliny, skacząc z mostu, czy odbijając Matyldy buty. Wspaniałe przygody. Pozdrawiam. :-)
OdpowiedzUsuńWszystkiego najlepszego dla Filipa, a ja zastanawiam się???? W którym momencie Jacek miał więcej adrenaliny, skacząc z mostu, czy odbijając Matyldy buty. Wspaniałe przygody. Pozdrawiam. :-)
OdpowiedzUsuńNajlepszego Filip!
OdpowiedzUsuńTradycyjna przerwa na kawę i Waszego bloga:) Tradycyjnie wspaniałe zdjęcia, piękne miejsca, zazdrość, że macie lato... (bo o to, że jesteście w NZ nie wspominam, bo to oczywiste ;-) ). I cały czas podziwiam dzieciaki, że dają radę, są bardzo dzielne!
Pozdrawiam z zasypanego śniegiem Namysłowa :)
Sto lat dla Filipa.
OdpowiedzUsuńTen wpis czytałam już x razy, świetny tekst. Humorystyczno-historyczny i te widoki. Pozdrawiam DP
Filip dziękuje :-) I ja też! Pozdrawiam czytających.
OdpowiedzUsuń