Czasem z trudem przełykasz ślinę, gdy tłumaczysz im kolejny raz, że na coś cię nie stać. Ale potem widzisz, że przyjmują to z coraz większą pogodą, rozumieją. Bo mają pewność, że zaraz ruszymy gdzieś przed siebie, na nową, ekscytującą wyprawę. I że to tak naprawdę się liczy. Ten wspólny czas, wspólne wędrowanie. Gdy widzą, ile nam to daje radości i szczęścia, to sami chcą być ich częścią. Nasiąkają pragnieniem przestrzeni i widoków. Zarażają się naszym zachwytem światem. I jeśli przywiozą w sobie nieposkromiony apetyt do jego odkrywania, to uznam to za najcenniejszy prezent, jaki mogłaby im ofiarować Nowa Zelandia :-)
Uwielbiam ich ‘podsłuchiwać’:
… kiedyś będę naukowcem, ale takim, co podróżuje po całym świecie (Fitu)
…to wrócisz do Nowej Zelandii? (Mat)
… pewnie, że wrócę. Wszędzie będę jeździł. Co to za problem?! :-) (Fitu)
Matylda po trzydniowym szlaku Routeburn regularnie pyta, kiedy wyruszymy na kolejny. Najlepiej jeszcze dłuższy. A mi aż serce rośnie z radości, że złapała bakcyla :-)
Są trudne momenty. Tak, uczciwie przyznaję, że zdarzają się chwile, gdy chciałoby się samemu. Szczególnie po opowieściach tych, co przed siebie, bez zobowiązań i zamartwiania się; bez tego ‘siku’ 10 min po wyjściu z domu; bez kaszlu późnym wieczorem, gdy zastygasz w przerażeniu co się z tego wykluje; bez ‘głodny’ w momencie, gdy w plecaku już tylko okruchy; bez ‘to on zaczął, nie to ona zaczęła’ na tylnym siedzeniu; bez ‘nudzi mi się’, gdy jeszcze 200km przed tobą… Tak, czasem są te chwile, że chciałoby się samemu. Nie myśleć, nie trapić się, nie przewidywać. Ale to tylko chwile. Mijają szybko. Jak smutne zdziwienie, że ktoś może poczuć się uprawniony do tego, by – nie znając ciebie ani motywów twoich wyborów – oceniać je i udzielać rad, jak żyć…
Oglądam zdjęcia wstecz, od przylotu tutaj i nie ma miesiąca, żeby dzieci nie były na nich szczęśliwe. Przetrwały z nami różne, trudne momenty. Znosiły nasze nastroje. Dzieliły naszą tęsknotę. I dojrzewały – nie tylko fizycznie, choć niektórzy twierdzą, że Filip wyjechał jako chłopczyk, a wróci jako poważny chłopak ;-) Myślę, że te doświadczenia rzeźbią ich od środka, kształtują im charaktery, ustawiają priorytety w życiu. I, jak już kiedyś pisałam, że będą to wspomnienia, od których zawsze będą się mogli odbić, by wzlecieć już tylko wyżej :-)
Początki w kilku ujęciach:
I tak, powtórzę się kolejny raz, dumna jestem jak diabli z tych naszych dzieci i wierzę, że wyrastają na fajnych, ciekawych świata ludzi :-)

Świetny post, przepiękne zdjęcia.
OdpowiedzUsuńTo sztuka być takim rodzicem, który potrafi nie tylko pokazać, ale także zainteresować; nauczyć obserwować świat tak, by dzieci potrafiły dostrzegać jego piękno. Pielęgnujecie w dzieciach ich dziecięcą ciekawość świata i otwartość na nowe... To piękne!
Dziękuję.. :-) To bardzo miłe. Choć ten rodzic bywa też czasem zniecierpliwiony, znużony, zmęczony... Ale to chyba jak każdy ;-)
Usuń♥♥♥ Podziwiamy Was-bardzo! I zazdrościmy odwagi! I tęsknimy! I czekamy na Was! I♥♥♥
OdpowiedzUsuńA my jak tęsknimy... Już wkrótce... opowieści przy winie :-)
UsuńRzeczywiście dla Ciebie i Jacka to był świadomy (a przynajmniej tak Wam się wydawało :-) ) wybór. A dla dzieciaków to ogromna zmiana i wyzwanie. Widać jednak że radzą sobie świetnie. Gratulacje, bo duża w tym Wasza zasługa. A tak przy okazji to co u Wilberta? Jakieś nowe fotki proszę . Iwona
OdpowiedzUsuńMasz rację, wydawało się nam ;-) Ale dobrze, że takich wyborów czasem dokonuje się trochę na wariata. Życie wtedy smakuje soczyście ;-)
UsuńWilbert, od kiedy zmienił właściciela, już taki dostępny nie jest :-( Ale wprosimy się tam jeszcze.
Nie ma za co:)
OdpowiedzUsuńFajne te marzenia dzieci o przyszłości:) Mój syn ostatnio stwierdził, że będzie lekarzem, ale nie takim, który robi operacje. Będzie psychiatrą :)))
Jaki to byłby ciepły i rozpromieniony psychiatra! :-)
UsuńNiech będzie kim chce... oby robił w życiu to, co kocha :)
Usuń