I dziś jakoś nie bardzo nastrój na cokolwiek innego. Myśli uciekają do tych, których już z nami nie ma. I do tych, którzy odeszli zbyt szybko, by można się było nimi nacieszyć. Jedziemy więc nad ocean, włóczymy się, a później na skałach zapalamy symboliczną świeczkę.
Bo o ludziach się nie zapomina.
| Od kilku dni wokół nas ciągle czarne labradory ... na każdym kroku. |
Nie sposób nie wspomnieć o obchodach 70 rocznicy przybycia ponad 700 Polskich Dzieci do Nowej Zelandii, które rozpoczęły się w ubiegłym tygodniu w Wellington. Małe miasteczko położone 160 km na północ od stolicy Nowej Zelandii – Pahiatua, miało być w 1944 roku dla polskich sierot przystankiem w podróży powrotnej do Polski, tymczasem stało się na zawsze ich domem. Po tym, jak wschodnią Polskę włączono w granice ZSRR w wyniku Konferencji Jałtańskiej, nie było już do czego wracać. Obecnie Polonia w Nowej Zelandii liczy około 2500 osób. Prawdopodobnie drugie tyle ma polskich przodków, ale nie zna już języka i czuje się Nowozelandczykami. Większość Dzieci Pahiatua już nie żyje, ale ich historię wciąż się kojarzy w NZ. Więcej tutaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz