Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pukaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pukaki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2015

Za każdym razem inaczej...

To jest ten moment, ten uskrzydlający moment, gdy zostawiasz za sobą miasto, a wraz z nim codzienność, problemy, wyczerpującą tęsknotę nawet… Dostajesz chwilową przepustkę na nieograniczone smakowanie tego, co wokół. A wokół jest pięknie! Nierealnie pięknie. I mając świadomość, że to nasza ostatnia wyprawa w te rejony, próbujemy chłonąć, zapamiętywać, chować w sobie te obrazy na długie lata…
Droga w głąby wyspy do Parku Narodowego Mount Cook jest sama w sobie widowiskowym kalejdoskopem zmiennych krajobrazów. Już pisałam o niej wielokrotnie, już były setki zdjęć, a jednak za każdym razem jest inaczej. Jakieś inne oblicze, inne niebo, inne światło. Jacek, mimo kolosalnej cierpliwości do mojego ‘zatrzymaj się, tylko kilka ujęć’ dziwi się, że ja znów te same miejsca obiektywem uwieczniam. A dla mnie nigdy nie są takie same. Ja za każdym razem widzę je inaczej.


 
I na takich prostych drogach max tylko 100km/h :P
Jak te dwa malownicze turkusowe jeziora polodowcowe Tekapo i Pukaki, co przycupnęły sobie na przedgórzu majestatycznych Alp Południowych...  Pukaki ciągnące się na długość 15 km wzdłuż drogi do Mt Cook tym razem zadziwia nas dwojako – w piątek oglądamy je w świetle chowającego się słońca, a szczyt Aoraki bezwstydnie pokazuje wszystkie swoje wdzięki (co, przypominam, taką oczywistością nie jest :P), a w drodze powrotnej ma tak gładką taflę, że chmury i pobliskie szczyty stapiają się z jego powierzchnią. 
 
Droga wzdłuż Jeziora Pukaki. W tle Mt Cook w pełnej krasie.

Takie widoki nam zgotowało jezioro w drodze powrotnej :-)
 
Przystanek po drugiej stronie jeziora
Znaleźli się też amatorzy niskich temperatur ;-)
Z kolei Tekapo oglądamy tym razem ze wzgórza, gdzie ulokowało się Obserwatorium Astronomiczne Mt John. Przypadkowo napotkany wpis bloggera zachwyconego położeniem kafejki na tymże wzgórzu zmobilizował  nas do zboczenia nieco z trasy. I to był strzał w dziesiątkę! Widoki na Tekapo i całą okolicę. Wiało nieziemsko, ale było ciepło i słonecznie. Biegaliśmy po całym wzgórzu jak wariaci. Aż mi się aparat zagotował w rękach ;-) Kafejka z oszklonymi ścianami. Kawa z takimi widokami... Zapamiętujesz i chowasz głęboko w sobie. Kiedyś przyda się to ciepłe wspomnienie w jakiś mroźny zimowy wieczór…

 
 
 
 
Troszki powiewa ;-)
Do Mt Cook dojeżdżamy wieczorem. Jeszcze z okien samochodu widzimy zachodzące nad Aoraki słońce, ale gdy dochodzimy tam biegnąc prawie już jest za późno. Ten kadr zostanie tylko w głowie. Nasze ulubione schronisko, jak zawsze, wypełnione po brzegi. Tym razem sporo Niemców, jacyś Skandynawowie i oczywiście mnóstwo Azjatów. Po dwóch nocach tam spędzonych przychodzi nieco smutna refleksja, że mało integracji, spontanicznych rozmów. My może odstraszamy skutecznie dwójką jazgotliwych Fiorków, ale inni nie garną się do rozmów między sobą. Każdy zapatrzony w swój ekranik. 

Już słońce zaszło..
Kuchnio-jadalnio-salon w schronisku
Zrobione ukradkiem telefonem - życie
towarzyskie w godzinie szczytu ;-)
W sobotę ruszamy na szlak doliną Hookera w stronę lodowca i jeziora o tej samej nazwie. Przewodnik zapowiada trasę z wiszącymi mostami i zapierającymi dech w piersiach widokami na lodowce, jeziora i masywy z Aoraki na czele. Pogoda jakby się nadąsała, ale idziemy niezrażeni. Po krótkiej i nieszkodliwej mżawce nawet chwilowo się rozpogadza, choć już widzimy, że tych masywów schowanych za gęstymi chmurami to my na pewno nie wypatrzymy! Gdzieś w połowie drogi zaczyna lać. Tak, lać! Nie mżawka, nie letni deszczyk, ino ulewa pełną gębą! A my do przodu. Gdy dochodzimy do jeziora i lodowca Hookera leje na całego. Jesteśmy przemoczeni, ale widok jeziora, nawet w tej gęstej plątaninie chmur i deszczu robi wrażenie. W drodze powrotnej znów lekkie rozpogodzenie, ale gdy docieramy na parking przedstawienie zaczyna się na nowo. Nie zobaczyliśmy wprawdzie wszystkich uroków tej malowniczej trasy, ale pomijając kilkugodzinny żwawy marsz i świadomość, że Boże co by to było, gdyby tak na Routeburn’ie przez trzy dni lało!!! – to jak często w życiu można doświadczyć… ulewy w poziomie :P ?! Bo deszcz zacinał dosłownie poziomo. 

Ruszamy...
Lodowce jęzorami schodzą z każdej możliwej strony
Mżawka i lekkie obniżenie nastrojów
A tutaj sobie przysiadł taki foch :P
Chwila rozpogodzenia obudziła nasze nadzieje
A tu już leje na całego...zdjęcia w biegu :-( W tle lodowiec Hookera,
a za nim... no nic nie widać...
Bo mogło być tak :P No ale nie było, więc nie ma co płakać!
źr.: https://annettewoodford.wordpress.com/
Na brzegu Jeziora Hookera. Dryfujące odłamy lodowca.
Gołymi rękoma nie da rady
Filip  - wygląda tak, jakby ktoś zamknął krople wody w środku.
Reszta dnia jak na niżej załączonym obrazku, więc, zweryfikowawszy ambitne plany, zalegliśmy w zakamarkach schroniska. Dzieci były wniebowzięte, gdyż w sali TV na okrągło lecą na zmianę – Władca Pierścieni lub Hobbit ;-)

Z okna naszego pokoju
Z okna kuchni
Następny dzień już bardziej łaskawy. Najpierw w stronę Blue Lakes, których kolor niewiele miał wspólnego z blue :P Nazwę nadano ponad 100 lat temu, gdy lodowiec, będąc usytuowanym znacznie niżej, zasilał owe jeziorka. Teraz posiłkują się one głównie opadami atmosferycznymi, stąd ich zielonkawy kolor. Szlak z jeziorek odbijał w kierunku najdłuższego w Nowej Zelandii Lodowca Tasmana (ma do 29 km długości). Wspinasz się dosyć stromo i nagle twoim oczom ukazuje się bajeczny widok na czoło lodowca i jezioro z dryfującymi na nim bryłami lodu. Olbrzymie moreny boczne sprawiają wrażenie, jakby przez góry przedarł się monstrualny walec, żłobiąc sobie bezpardonowo drogę. Krajobraz polodowcowy wokół jest dla nas brunatno-szary, chaotyczny, z głazami i kamieniami rozsypanymi w nieładzie. Odnoszę wrażenie, że jest w nim wyryty ślad pokazu siły, która tysiące lat temu wdarła się w ląd i spustoszyła wszystko wokół. 

Schronisko nad ranem
 
Jedno z BLUE lakes ;-)
A tu, na przykład, napięta atmosfera po kolejnej kłótni :P
 
Lodowiec Tasmana się kłania
 
I nawet ciepło się zrobiło :-)
 
 
 
 
Zanim opuszczamy Mt Cook udajemy się jeszcze do ponoć kultowej knajpki na słynnego hamburgera, który nawet do pięt nie dorasta temu z Queenstown - jest dwa razy droższy, dwa razy mniejszy i weź zapomnij w ogóle ;P Samo miejsce, zwane Mountaineer's Cafe, długo walczyło o powrót na scenę. Wnętrze jest bardzo przyjemne, klimatyczne, tylko z menu im nie wyszło...

Napis na zdjęciu: ... life was never meant to be too serious! :-)
 
Na koniec pożegnanie z Sir Edmundem Hillary'm
Gdy opuszczamy miejscowość Mt Cook znów wiszą nad górami sine chmury, a przed nami zarysowuje się błękitne niebo, które nie opuści nas aż do samego Christchurch. Markotno nam, jak tak wracamy… Co i rusz odwracamy głowy za niknącym w oddali szczytem Aoraki, który obrażony schował się już cały za chmurami i ani myśli się z nami pożegnać. Do następnego... kiedyś tam... 

Za nami...
Przed nami...
 Dla cierpliwych i tych, którzy chcą nieco więcej - tutaj :-)

poniedziałek, 27 października 2014

Zamilknąć i patrzeć

Kto przebrnął kiedyś przez ‘Nad Niemnem’ Orzeszkowej, nie omijając opisów przyrody? No kto? :P Przy trzecim zdaniu myślami odpływa się w siną dal. O ile zazwyczaj słowo ma, w moim odczuciu, bezkonkurencyjną przewagę nad obrazem, o tyle w przypadku krajobrazów, tudzież podziwiania piękna natury wolę zamilknąć i patrzeć. Do tego wsłuchać się w odgłosy i nosem wciągnąć, co się da (reszta Fiorów śmieje się, że ocean dla mnie pachnie jedzeniem ;-) W związku z powyższym garść informacji, faktów, doznań i zdjęć, które starają się, bardzo starają się oddać co oczy widziały, ale nieudolnie…

Za nami trzy dni oglądania i delektowania się…


…widokiem nadmorskich miasteczek (Timaru, Oamaru), z pozbawioną kiczu infrastrukturą - gdzie życie leniwie się toczy, dzieci brykają po placach zabaw będących mądrym wyzwaniem, foki wylegują się na brzegu, a pingwiny żyją w swoim naturalnym środowisku;


Taka sobie pogawędka
Nie tylko zjechać! Najpierw trzeba się tam wdrapać!
Wybrzeże Oamaru

Nieźle...:-)
my pingwiny oglądaliśmy z oddali, nie można
ich straszyć, bo nie wrócą do gniazd
Takie dziewczyny wylegiwały się na skałach :-)
 
Te wyniosłe gmachy w lokalnym wapieniu w centrum Oamaru
(spuścizna po latach prosperity) nijak się mają do lekkiej,
tymczasowej zabudowy w większości drewnianych domów

… widokiem Mt Cook, skąpanej w chmurach i odsłaniającej przed nami swój szczyt na dosłownie kilka minut :-) To na niej ćwiczył Edmund Hillary, Nowozelandczyk, zanim jako pierwszy człowiek wdrapał się na Mount Everest (wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem);


Czekamy cierpliwie, aż Aoraki pokaże swoje wdzięki
Dosłownie na chwilę ;-)
Buntownik bez powodu
…. wysuwającym się spomiędzy gór jęzorem lodowca Muellera, który w momencie, gdy stoimy tam zziębnięci i poprzeszywani na wylot porywistym wiatrem, kruszy się spektakularnie i gubi swoją końcówkę… Stoimy jak te barany i patrzymy, jak na naszych oczach  kurczy się to niesamowite dzieło natury – jest to fascynujące i smutne zarazem… ;

Jakość zdjęcia kiepska, bo to był moment.

…. turkusowymi jeziorami polodowcowymi Pukaki i Tekapo, które swoje nieziemskie barwy zawdzięczają  zawiesinie skalnej odbijającej światło słoneczne. Razem z roztopami śnieżnymi spływa ze skał pewien rodzaj osadu nazywany mączką skalną lub lodowcową. Gdy taka mączka osadza się na dnie zbiornika, jego kolor w bezchmurne dni wydaje się być turkusowy. Masy fluorescencyjnie niebieskiej wody, trudne do ogarnięcia wzrokiem! Dla porównania – Pukaki ma powierzchnię 80km², a największe polskie Śniardwy ponad 113km²;


Pukaki widziane następnego dnia z innej perspektywy
 
Mt Cook widać z każdego możliwego
zakątka Parku Narodowego
 
 

Stojący nad brzegiem jeziora Tekapo kamienny kościół Dobrego 
Pasterza z 1935 roku, upamiętniający pionierów tej dzikiej krainy.
…oraz przeróżnymi miejscami w drodze (a zrobiliśmy w sumie ponad 800km) – skalnymi olbrzymami, gdzie rozgrywały się sceny z Narnii (perełka dla Matyldy), niezwykłą winiarnią dosłownie w szczerym polu (degustacja innym razem jednak). I nowe doświadczenie noclegowe dla dzieci - w schroniskach młodzieżowych pełnych francusko-malezyjsko-koreańsko-jakiejśtam młodzieży. Plus kilka starszych zahartowanych pań z tym niezwykłym wyrazem pionierskiego zacięcia na twarzy ;-) I my jako jedyni z dziećmi ;-)

Tylko nie odleć Matyś tą rakietą!
Takie toalety często w szczerym polu ;-)
Co ten syn tu wyprawia? Nie wiem doprawdy...
Ale że o co Państwu chodzi..?
Baśniowe te widoki, nierealne momentami… Wracam z tymi obrazami pod powiekami i łącząc się ze światem widzę polską jesień w niesamowitych kadrach Artura M., czerwono-pomarańczowe Bieszczady w ujęciu przyjaciela i moje ukochane miejsca w obiektywach różnych osób, które pamiętają i dzielą się nimi ze mną od czasu do czasu (za co bardzo dziękuję)… I myślę wtedy – tak, dobrze jest wyjechać i zobaczyć świat w odsłonach, jakich u nas nie uświadczysz, z tym nawet nie polemizuję. Ale dobrze jest też mieć świadomość, że warto oczy szeroko otwierać w przeróżnych miejscach. A jak ktoś chce to i w kałuży zobaczy odbicie nieba ;-) Kwestia nastawienia.

A ze spraw bieżących ;-)
Po zmianie czasu w Polsce jesteśmy już równo 12h do przodu, więc łatwo teraz połapać się w tych godzinach. Do marca przynajmniej.


Dla tych, co pytają - będzie o winach :-) I o jedzeniu mniej lub bardziej egzotycznym. Będzie. I o różnych innych spostrzeżeniach na temat życia i codziennego bycia. Dajcie mi czas ;-) Jeszcze nam tu trochę miesięcy zostało, więc o czym będę później pisać? ;-) Póki co zbieram notatki, obserwuję, żeby zbyt pochopnie nie ocenić, żeby mieć solidny mianownik dla tych swoich spostrzeżeń.


I na maile odpiszę. Każdemu z osobna. Bo wszystkie wiadomości mnie cieszą i czytam je po kilka razy. I myślę, jak tu każdemu kawałek raju przemycić ;-) Cierpliwości. Bo doba mi się kurczy, a innych spraw jest sporo. Ale dziękuję. Za każdy gest pamięci – w formie zdjęć, maili, komentarzy… Tym bardziej dzielę się tym, co przeżywamy i widzimy w NZ.


Kto czuje niedosyt zdjęć to może zajrzeć tutaj :-)