Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milford Sound. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milford Sound. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 stycznia 2015

Ósmy cud świata

Pionowe masy skalne wystrzeliwujące wprost z wody, kaskady wodospadów, foki wygrzewające brzuchy na brzegach fiordów, bajeczne klify – to właśnie Milford Sound, zatoka o długości ok.16 kilometrów, pozostałość po ostatniej erze lodowcowej. Nieodłączny element list iluś tam miejsc do odwiedzenia przed śmiercią, emeryturą lub końcem świata. Punkt rocznie odwiedzany przez prawie milion osób. I my tam byliśmy. I było pięknie. Było tak nierealnie pięknie, że nawet patrząc na zdjęcia trudno nam uwierzyć. Głównie w błękit nieba, bo jest to obszar, który, według wszelkich statystyk, otrzymuje średnio ponad 6 metrów opadów rocznie (dla porównania - średnia naszego kraju to około 0,6 metra), czyli zaledwie co trzeci dzień bywa bezdeszczowy. Nie wiem, czy mamy więcej szczęścia, czy rozumu..? Nie wiem ;-)

Jest to miejsce na wskroś magiczne. Sąsiadujące ze sobą słone i słodkie wody tworzą środowisko, które jest w częściach jeziorem oraz oceanem. Czyli wierzchnia warstwa zatoki to słodka woda spływająca z gór, a tuż pod nią znajduje się woda słona. Gigantyczne rozmiary sprawiają, że zaburzone zostaje poczucie skali. Cały fiord sprawia wrażenie surowego, dzikiego, nieokiełznanego. Ledwo odkryty świeży ląd. Nie to, co nasz staruszek kontynent ;-)  Z różnych źródeł dowiedziałam się, że w górach otaczających zatokę praktycznie nie ma gleby. Lasy rosną na torfowiskach, a szczyty gór wciąż pokrywają lodowce. Pozytywną stroną deszczowej aury jest to, że stoki spływają setkami wodospadów. My jednak doceniliśmy słoneczny, choć rześki poranek. Chmury leniwie przytulały się do szczytów, tworząc bajeczne widoki. Było tak cicho. W tle jedynie kliknięcia aparatów. Do tej pory mam ciarki. 


Mitre Peak - najwyższy klif morski na świecie – 1695 m
 
Statki podpływają tak blisko huczących
wodospadów, iż niemal dotykasz ich ręką

Droga do Milford Sound to osobny rozdział. Przez 119 km kręcisz szyją na wszystkie strony i nie wierzysz w to, co widzą oczy. A my jechaliśmy bladym świtem, gdy słońce dopiero liznęło pasmo górskie, przez które trzeba się przedrzeć, by zobaczyć wdzierający się w ląd ocean.

 
Tunel Homera - 1270-metrowa konstrukcja, która ok. 60 lat
temu udostępniła światu Milford Sound
Więcej zdjęć TUTAJ.

A dziś moje prywatne świętowanie. I pierwsze w życiu urodziny latem. Pierwsze obchodzone na półkuli południowej. Pierwsze tak bardzo daleko od domu.. Ale dzięki pamięci przyjaciół, rodziny i wielu ważnych osób przeżyte jak trzeba. Dziękuję. 

Dzieci śmigają na skuterkach jak Kiwi ;-)
 
 
I nie tylko dzieci mają z tego fun :P
'Lazy Sundays' w Ogrodzie Botanicznym z muzyką na żywo
 

sobota, 24 stycznia 2015

Przeżyj to sam..

Jak w jednym wpisie zmieścić wrażenia, przeżycia, wydarzenia z ostatnich kilku dni, które czasem składają się na pół roku życia?! Jak ubrać w słowa intensywność emocji? Jak to wszystko przekazać? Tylko na raty ;-) Nie da się inaczej. Nie ma możliwości, żeby podzielić się wszystkim od razu. A szkoda skracać, pomijać. Wielka szkoda. Dlatego cierpliwości. Będzie dużo. Będzie szczegółowo. A dziś tylko w telegraficznym skrócie.

W sumie przejechaliśmy 1900km. Widzieliśmy wiele. Doświadczyliśmy jeszcze więcej. Zobaczyliśmy Nową Zelandię taką, jaką obiecują foldery – magiczną, baśniową, nierealną, zachwycającą i… w wersji 100% lukrowanej ;-) Bo pogoda była dla nas tak łaskawa, że w każdym odwiedzanym miejscu błękit nieba i jasne słońce. Co, zważywszy na poprzednie wpisy, jest albo cudem, albo dobrze ‘zabukowanym’ elementem wyprawy ;P


Jako przedsmak czekających nas wrażeń pokonaliśmy jedną z najpiękniejszych tras samochodowych na świecie (a był wczesny ranek i wstawało słońce, i…. ech…) i zobaczyliśmy tzw. ‘ósmy cud świata’, czyli fiord Milford Sound. 


Tak nas powitał poranek w drodze z Te Anau do Milford Sound
Fiord Milford Sound i Mitre Peak
 

A potem już prosto do miejsca, skąd wyruszaliśmy na trzydniowy Great Walk – Routeburn. 32 kilometry do pokonania, przez góry i doliny. Z całym ekwipunkiem na plecach. Zatrzymując się na nocleg w chatach przypominających baraki – prycze, wiatr wyjący nocą i lodowata woda w kranikach. Czy było warto….? To jedno z najwspanialszych przeżyć. I te widoki, ten kalejdoskop krajobrazów wartych każdego wyczerpującego zmęczenia… I nasze dzieci, które bez zająknięcia prawie – dały radę! Naprawdę dały radę!!!


Dopiero ruszamy, jeszcze nieświadomi tego, co nas czeka...
Brudni, zmęczeni, ale naładowani energią zjechaliśmy do Queenstown, światowej mekki sportów ekstremalnych. Miasto urzekło nas pod każdym względem. Jest takie, jakiego oczekiwaliśmy. Hedonistycznie niepoprawne ;-) 


Nie mogliśmy, będąc w takim miejscu, nie zrobić czegoś szalonego… :P No nie mogliśmy! Każdy wybrał, co mu się marzyło. 
Niektórzy pofruwali na paralotni… 

 

a niektórzy skoczyli na bungy :D

Jak skoczyć to z mostu Kawarau,
gdzie narodziło się
bungy
 

Dzieci też miały swoją adrenalinową atrakcję!


I masa innych miejsc, zdarzeń, emocji w drodze do i z powrotem… I o tym wszystkim napiszę – po kolei, poświęcając każdemu istotnemu wydarzeniu osobny wpis. Bo teraz tysiące zdjęć do ogarnięcia i selekcji, myśli do przetrawienia, zmęczenie do odespania. I właśnie zaczynają się moje urodziny, więc proszę mi wybaczyć ten ekstremalny skrót ;-) Nadrobię w dwójnasób!