Jest takie miejsce w Namysłowie, które nazywam Ziemią Niczyją. Spędziłam tam wiele godzin - tak, w sumie, uzbierały się godziny - bo opuszczenie szlabanu przed i po tym, jak pociąg już dawno zniknął w oddali trwa tu zawsze wieki. Tak jakby ktoś celowo wystawiał cierpliwość kierowców na próbę. Tory przy Kościele Zielonoświątkowców. Czoło przy szybie, myśli zamrożone. Czasami łaskawy wschód, tudzież zachód słońca. Tak na pocieszenie.
To właśnie tam pewnego wyjątkowo zimnego, szarego i smutnego poranka naszła mnie ta myśl. Wyjechać. Zostawić wszystko co znane, obwąchane, oswojone i zderzyć się z nowym, podjąć wyzwanie, poczuć przyśpieszony puls. Udowodnić - sobie przede wszystkim, że to nie tylko tak, że się czyta i chłonie te ekscytujące opowieści innych, zawsze cudze emocje, zawsze cudze zdjęcia i wspomnienia i wraca się do swojego poukładanego życia, by dalej snuć te nierealne marzenia. To nie tylko tak..
A potem lawina ruszyła. Kliknęło. I już wiedzieliśmy, że to od dawna gdzieś w nas siedziało i tylko trzeba było to nazwać, urealnić, uwierzyć, że tak naprawdę... chcieć to móc :-)
Do odlotu 21 dni.
No i ruszyło. Życzę skrupulatności w gromadzeniu tych wszystkich myśli, na które niektórzy czekać bedą niecierpliwie ;-)
OdpowiedzUsuńPani się nie martwi, Pani będzie zadowolona ;-)
OdpowiedzUsuńbędziemy śledzić i zazdrościć odwagi ;) powodzenia!
OdpowiedzUsuńZapowiada się blog'owy bestseller :) Trzymam kciuki
OdpowiedzUsuńZaczęłam czytać od końca, ale po przeczytaniu początku ciarki przeszły mi po plecach i zakończyły się igiełkami na czubku głowy...
OdpowiedzUsuńJeszcze raz napiszę: jesteście niesamowici!
Gorące pozdrowienia z Namysłowa :)