sobota, 4 października 2014

Ze wschodu na zachód

Nie sprawdzam już prognoz pogody, nie ma sensu. Nijak się mają do tego, co faktycznie za oknem. Na dzisiaj zapowiadali zimno, deszcz i zachmurzenie całkowite. No i? Błękitne niebo, trochę chmurek, to wszystko wprawdzie okraszone chłodnym wiatrem, ale taka pogoda towarzyszyła nam przez całą drogę ze wschodu na zachód wyspy. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu i …. radości :-) I takie pozytywne rozczarowania lubię najbardziej!

O tym, jak malownicza jest to trasa już wspominałam. Wyjeżdżając z lekka pofałdowanych okolic Christchurch widzisz przed sobą Alpy Południowe i jedyną drogą, by dotrzeć do Zachodniego Wybrzeża jest ich przekroczenie – między innymi przez Przesmyk Artura (Arthur’s Pass). Droga powoli przechodzi w wijącą się między pagórkami i wzgórzami serpentynę. Po obu stronach masz takie widoki, że obawiam się o koncentrację kierowcy. Na szczęście ruch jest coraz mniejszy im dalej od miasta, a i prędkość staruszka Honda osiąga ‘zawrotną’ ;-) Poza tym zatrzymujemy się często, między innymi w miejscu ponoć udającym swego czasu Śródziemie - Castle Hill (uważane również za tutejszą stolicę bouldering’u, czyli wspinaczki po wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną/ Wik. ). Dzieciaki szaleją, wspinają się, chowają w jaskiniach, skaczą, nam skacze ciśnienie, jest super :-)


Robimy niedługi i spokojny spacer prostym szlakiem (raczej szlaczkiem) do jednego z licznych wodospadów i w samym Arthur’s Pass, czyli małej wiosce zatrzymujemy się na kawę. I tu spotkanie pierwszego stopnia z papugą Kea, o agresywności której przekonaliśmy się na własnej skórze. Idziemy z tacą pysznych ciastek do stolika, a ta bezczelna małpa ładuje się z dziobem, za nic mając nasze krzyki i wymachiwania. Dzieci w pisk, Fitu dzielnie czmychnął z tacą (co za motywacja – nie stracić takiego deseru!), a potem już tylko śmiech. No ale zjedliśmy w środku, nie ryzykując kolejnego natarcia agresora.


Niewinna serpentynka przeobraziła się już dawno w stromą drogę, a zamiast pagórków z każdej strony wyrosły otulone lodowymi czapami szczyty z ostrymi graniami.  W samym Parku Narodowym Przełęczy Artura leży 16 ponad dwutysięcznych wierzchołków, jest więc co podziwiać. Snujemy się leniwie, bo na więcej nie pozwalają warunki ani zdrowy rozsądek. W miarę zbliżania się do wybrzeża robi się coraz bardziej płasko, Alpy zostają w tyle. Mijamy nieliczne górniczo-rolnicze wioski, w których czas jakby się zatrzymał. Po tej stronie wyspy zagarniającej większość opadów transportowanych z zachodu  zieleń szybciej nabiera intensywności. Nawet dzieci zauważają różnicę między tutejszą bujną roślinnością, a skalistym krajobrazem pustkowia, który zostawiliśmy za górami. 


Docieramy do chaty przed wieczorem. Z głowami pełnymi obrazów. Ze spokojniejszymi myślami. Z poczuciem, że trzeba czasami oczy z domu wywieźć, żeby mogły zobaczyć, do czego tak naprawdę służą :-)



Opuszczamy granice Christchurch
W drodze
Castle Hill
Kto znajdzie małe Fiorki?
Osuwiska i spadające kamienie to jedne z największych
zagrożeń tej trasy
Ciastka zjedzone, może być chwilowy rozejm!
Z wydłubywaniem uszczelek to wcale nie jest ściema!
Przez pół godziny tylko ;-)
I już na miejscu :-)

7 komentarzy:

  1. Fajny blog ;) ... Zaczytałem się do tego stopnia, że kiedy parę dni temu moja piękniejsza połowa zaczęła "marudzić" po raz kolejny o zmianie lokacji to pomyślałem - kurcze, zawsze marzyłem o górach nad morzem (pewnie dlatego kocham Bałkany :) )... to może zamiast na wietrzne i dżdżyste wyspy brytyjskie przenieść się "nieco" dalej? :)

    Niecierpliwie czekam na kolejne wpisy... i przy okazji poproszę bardzo Twoje dzieci o opowiedzenie (napisanie) jak im się podoba w szkole i przedszkolu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-)
      Dzieci obiecały dołożyć swoje 3 grosze do opowieści. Ja ich uważnie słucham i przemycam, ile się da :-)

      Usuń
  2. Pani Marto ! Tak wiele dzieje się w mojej głowie, kiedy czytam Pani bloga.
    Nie znajduję słów, które opiszą jak bardzo podoba mi się Pani język blogowy, czasem śmieję się do łez, a czasem te łzy po prostu lecą ze wzruszenia. Mam taki swój rytuał, codziennie o 10.30 zasiadam do czytania lektury, a potem wieczorem wracam do niej, by jeszcze raz napawać się tym, co Wy tam przeżywacie.
    A widoki ? Podobnie, mimo bogatego naszego polskiego słownictwa nie znajduję słów, które by oddały jak bardzo podoba mi się krajobraz, który podziwiacie.
    Chłonę każdy Wasz dzień i tak się zastanawiam, żebym tak bardzo nie była związana z Rodziną, która mieszka w pobliżu to....
    Pozdrawiamy Dorota P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Doroto,
      czasami zastanawiam się, ile jeszcze cierpliwości i chęci starczy, by to czytać..;-) Piszę od siebie, tak od środka bardzo. Czasem zachęcam resztę rodziny, żeby dopełniła obraz. I taka z tego wychodzi mieszanka podróżniczo-emocjonalno-subiektywna.
      Dla mnie to też wiele przemyśleń, wiele komentarzy inspiruje do kolejnych poszukiwań - cieszy mnie niezmiernie, że tylu ludzi nie toczy się przez życie bezrefleksyjnie. Że chce im się podjąć ten wysiłek (wcale nie taki oczywisty), żeby zagłębić się w to i owo, i jeszcze tymi przemyśleniami się ze mną tu podzielić :-) Ja również bardzo dziękuję :-)

      Usuń
    2. Pani Marto prosze sie nie martwic czy starczy cierpliwosci i checi, by czytac bloga. Pani blog jest jak ulubiona ksiazka, ciagle chce sie siegac po nowe rozdzialy.

      Usuń
  3. Te góry ... porywające, zachwycające ... czekam na relację ze zdobycia choć jednego dwutysięcznika ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dzieci na barana i jakoś damy radę ;-)
      Oj jak mi się marzy, bardzo marzy...
      Może latem, może... Kto wie? :-)

      Usuń