wtorek, 7 października 2014

Z pamiętnika glazurnika - część trzecia

Zarząd bloga nakazał kolejny wpis glazurnika. Coś tam niby się dzieje, ale niewiele tego. Codzienna praca, która ciągle ewoluuje i zmienia charakter. Coraz mniej zadań glazurniczych, coraz więcej pracy, którą wykonywałem przez lata w Polsce (isn't it ironic?) - siedzę w biurze, czyli garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie (chyba już zawsze będę tak to miejsce opisywał:-) i robię klasyczny "cold calling". Kto wie, to zrozumie jak trudny to kawałek chleba, kiedy próbuje się sprzedać coś przez telefon. I tak od początku, małymi kroczkami jak w naszej kochanej firmie Quest Translation, buduję bazę wyszukując potencjalne firmy w internecie, dzwonię, walczę o połączenie z właściwą osobą, czyli przebijam się przez próg "office", rozmawiam, wysyłam maila ze stworzonym chwilę wcześniej profesjonalnym profilem firmy, dzwonię ponownie próbując wprosić się na spotkanie, nie ma w biurze, dzwonię jeszcze raz, umawiam się na kolejny telefon..... Taka praca nie ma końca i na efekty czasami czeka się tygodniami i miesiącami. Coś tam się udaje i motywacja jest - w nowym kontrakcie mam zapis o procencie z nowych klientów, a to działa na wyobraźnię, oj działa:-)))) 

Druga część mojej pracy to plan działań marketingowych rozpisany na kolejne 10 miesięcy. To taka ciekawa rzecz w życiu, kiedy przydają nam się umiejętności zdobywane często przypadkiem, przy okazji jakoś tak bez intencji żadnej, aby to w przyszłości wykorzystać. Tak jest ze szkoleniami marketingowymi, w których brałem udział w ramach niewymienionej z nazwy franczyzy,  prowadzonymi przez demoniczną, samoustanowioną guru marketingu, która traktowała nas z nieukrywaną pogardą i wyższością, które to z kolei nie zachęcały nigdy do pełnego zaangażowania. I nagle, po tych wszystkich latach, siedzę sobie w Christchurch w biurze, czyli garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie, i planuję kampanię na Facebooku (od którego stroniłem przez lata), planuję zamknięcie sprzedaży i analizuję trendy zakupowe Kiwi. Ha! Facebook - teraz rozumiem jakie to trudne zadanie kiedy zapraszasz ludzi do polubienia strony, a oni nie polubili. I siedzę, wiadomo gdzie:-), i przeglądam nazwiska wszystkich "przyjaciół" facebookowych i już prawie skreślam ich z listy znajomych za niesubordynację niewypowiedzianą, już planuję pogróżki, ale też błagania, bo firma musi mieć przecież te 100 lajków... Tak, przyznaję się, wpadłem w pułapkę facebooka na czas pobytu w Nowej Zelandii i tylko ze względu na moją pracę/niepracę. No cóż, łatwiej będzie mi teraz zrozumieć co mówi do mnie mój przyjaciel z Kielc:-) Zakładam jednak, że mój związek z Zuckerbergiem będzie chwilowy, obym miał rację.

Chaotycznie trochę tym razem, ale też nie ma ładu żadnego w pracy glazurnika/managera/marketingowca/zaopatrzeniowca/telemarketera.... Zakładam, że będę kim tylko trzeba pamiętając, że to tylko narzędzie do celu nadrzędnego, czyli odkrywania NZ. Zgodnie z angielskim powiedzeniem: Fake it till you make it, czego nie potrafię, to udaję, że potrafię i nadal czekam, aż ktoś zawoła, że król jest nagi:-))))))

A na koniec fotka z dzisiaj. Kiedy wydaje się, że dzień jak co dzień, wiadomo, w biurze, czyli garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie, to trzeba pojechać na jedną z robót i "ponadzorować" prace. Jadę sobie, a na miejscu, przed domem, taki widok. Ech... mieszkają sobie ludzie, oj mieszkają.



1 komentarz:

  1. Pozdrowienia Panie Glazurniku, również dla rodzinki! Nadal podziwiam za odważne łamanie schematów choc jeszcze bardziej zazdroszczę doznań i przygód! A w chwilach zwątpienia pomyśl ile wyjątkowych doświadczeń zyskujesz każdego dnia i ile będziesz mocniejszy po tych wakacjach. Pomyśl również, że my Polacy jesteśmy najlepszymi improwizatorami... :-) Widzę, że szczęście dopisuje ale kciuki trzymam. Pzdr. RafałD

    OdpowiedzUsuń