środa, 15 października 2014

Z pamiętnika glazurnika - część czwarta


Minął miesiąc okresu próbnego i nie zostałem zwolniony. Poczytuję to sobie za sukces:-) Dlatego dzisiaj trochę oddechu od pracy i słów parę o Nowej Zelandii.

Zacznę od obserwacji z okna samochodu. Jeżdżę po mieście i poza miastem bardzo dużo i wniosek nasuwa mi się jeden - to dżungla! Decyduje silniejszy, szybszy, bardziej zdecydowany itd. Każde skrzyżowanie to walka o miejsce, zmiana pasa to nie przelewki, trzeba uważać, zaraz trąbią, ktoś zawsze się wciska, nie ma chwili wytchnienia (Wrocław to oaza spokoju i uprzejmości). Pierwsze dni po przylocie to był prawdziwy koszmar - nie wspominając o cholernej kierownicy po złej stronie! Teraz to już standard, nawet nie zwracam uwagi na większość znaków bo są tylko dla orientacji (poza ograniczeniami prędkości, które są przestrzegane). Dobrym przykładem jest linia ciągła, która naiwnemu Europejczykowi kojarzyła się z zasadą "nieprzekraczalności”. Błąd! Skręcasz gdzie chcesz i kiedy chcesz. Zmieniając pas na skręt w prawo (czyli nasze lewo) grzecznie czekam aż się zacznie i nie wjeżdżam na białe pasy poprzeczne na środku jezdni. Ale kiedy ja chcę zjechać to już jest za późno, bo cztery inne autka prują już po mojej prawej stronie i trąbią, że to ja się wpie.... Obłęd! Wyjątkiem jest linia żółta - pojawia się w różnych miejscach i jest święta. Nie parkować, nie przekraczać, nie zatrzymywać się itd. Strange... Ta dżungla dotyczy wszystkich - nikt nie jest uprzywilejowany, nawet piesi. To najlepsza część obserwacji. Ruchliwa ulica w centrum miasta, dwa pasy po jednej stronie i dwa po drugiej, na środku (i to wcale nie na wysepce, a zwyczajnie na podwójnej ciągłej) stoi mama z dzieckiem:-)))))) Wszyscy prują, nikt nie zwalnia, włosy dęba stają. But don't get me wrong - ona wcale nie spodziewa się, że ktoś zwolni i ją przepuści, zwyczajnie czai się i jak jest luka to biegusiem na drugą stronę. Tak wygląda przekraczanie jezdni w większości miejsc. Na niektórych światłach są światła dla pieszych, czasami pojawiają się przejścia oznaczone pomarańczową kulą i tam jest trochę łatwiej, ale ogólnie trzeba walczyć o swoje, nie ma lekko.

Druga ciekawa rzecz z mojej perspektywy to rynek reklam. Uwielbiam reklamy. Kiedy mogłem to biegałem na nocny maraton Reklamożerców. Tutaj też zwracam na nie uwagę i oto niespodzianka - święto narodowe, grają rugbyści All Blacks z Aussi - cała Nowa Zelandia przed telewizorami, podejrzewam, że najdroższy czas reklamowy i ... pierwsza reklama, którą oglądam dotyczy kremu na wymiona krowie:-)))) Mało nie spadłem z fotela. Takich reklam jest tutaj sporo, specyfika gospodarki NZ. Wiele z nich ma też swojski charakter z właścicielem farmy/sklepu/knajpy, który z uśmiechem zaprasza do korzystania/kupowania/używania. Lokalny folklor. Chłonę z pasją radiowe i telewizyjne.

Poza tym Fiory sobie radzą. Powoli wkrada się ład i porządek. Role się skrystalizowały, każdy ma dzień rozpisany co do minutki. Pracujemy, gotujemy, odrabiamy lekcje, sprzątamy, pracujemy online, biegamy, pływamy, robimy zakupy, mailujemy, skypujemy, piszemy - sporo tego i czas goni do przodu. Oby nie za szybko...
 
Papiery już są ;-)

4 komentarze:

  1. Gratulacje - Project Manager, wow - zawrotna kariera w miesiąc ;-) Również dla pozostałych Fiorków pełne uznanie za tak szybkie "ogarnięcie" się w tej nowej rzeczywistości. Pozdrowienia Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja codziennie z niecierpliwością czekam na nowy wpis! Po powrocie powinniście wydać Wasze zapiski jako książkę - bestseller gwarantowany. A jeszcze te świetne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dajesz radę, może będzie podwyżka. Na pewno !!! życzę bardzo

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy Jacku znajdujesz czas na bieganie, pływanie...? - tylko pozazdrościć:-) Pozdrawiam Rafał

    OdpowiedzUsuń