wtorek, 14 października 2014

Welcome to New Zealand!

Kto by się spodziewał takiego finału dzisiejszego dnia… ;-)

Na wieczór zaproszenie do Billa i Judy i spotkanie pierwszego z sześciorga młodych Abramsów – bagatela – pierworodnego Devina, gwiazdę rocka. Niby nie stremowani, ale przed wyjazdem jakieś spięcie, napięcie, zacięcie :P Hmm, czym tu zadziwić, o czym rozmawiać, czym zaskoczyć ‘kogoś takiego’? Na dodatek Judy dziś rano na basenie uraczyła mnie opowieściami (jak to dumna mama :-) o wszelkich sukcesach Devina, że najlepszy pływak, że wszystkie możliwe zawody wygrywał, etc. To już w ogóle człowiek kurczy się do pozycji mnie-tu-nie-ma. Ale nic, pakujesz się do auta, po drodze podbudowujesz swoje nieco przybladłe ego przypominaniem sobie wszystkich swoich mocnych stron i koniecznie uśmiech na twarz.


No i jak zwykle strach ma wielkie oczy. Devin to zwyczajny, fajny facet, który swoje ‘wyczyny pływackie’ skomentował -  mamo, to było w podstawówce! ;-) Ciekawy, otwarty człowiek. Zwiedził pół globu (może nawet więcej), grywał w salach wypełnionych tysiącami ludzi, ma na koncie sukcesy i niezachwianą pozycję w świecie muzyki, a rozmawiasz z nim bez żadnej bariery. Smaku dodają rodzinne przekomarzania się i możliwość podpatrzenia Judy i Billa w nieznanej nam dotąd roli w ich wykonaniu – rodziców ;-)


I to właśnie Devin miał być główną atrakcją dzisiejszego wieczoru, a przyćmiła go…. mała owieczka :P Przed obiadem (czy raczej ciepłą kolacją) Judy zabrała mnie i dzieci do pobliskiego parku, gdzie – ku ogólnemu zdziwieniu mieszkańców – od kilku dni stacjonowało stadko owiec. Do tego niezwykłych owiec, bo wszystkie małe były totalnie czarne. Niektóre z nich miały zaledwie kilka dni. Dla dzieci radość nie z tej ziemi, zwłaszcza, że stado niezbyt płochliwe i można było całkiem blisko podejść (Matylda od tygodni ugania się za każdą napotkaną owcą, żeby choć dotknąć). Rewelacja! Do momentu. Bo oczywiście córka wyjątkową wrażliwością i czułym okiem od razu wyławia takie maleńkie chuchro, odpychane przez wszystkich, co ledwie stoi na tych patyczkach..:/ Sama skóra i kości. Serce się kraje, dzieci już oczy szklane. Stado rusza przed siebie, chudzinka zostaje stratowana w trawie i tylko pobekuje z cicha. No i jak tu zostawić..?! Wracamy, ja z maluchem na rękach, chłopaki mają wzrok – Boże, co tym razem??!!! Swoją drogą dawno temu jak w szpitalu ktoś zostawił niemowlę i padło pytanie – co my teraz z nim zrobimy , to ja go wezmę padło oczywiście z ust Judy ;-) Choć kilkoro już w domu czekało… To tak 'tylko na marginesie'.


Baranek (jak się później okazało) lgnie do dzieci, merda ogonkiem i z głodu podgryza im ubrania. Telefony do kogo się da i jakieś 20 min później przyjeżdża przyjaciółka Judy. Nicky ma sporo zwierząt, kojarzy temat, ma butlę z mlekiem. Maluch wcina, nieco pewniej stoi. I tak go trzeba karmić trzy razy dziennie, przez 6 tygodni. Już wymyślamy, jak to pogodzić, choć czuję, że kurczę ciężko będzie. Gdzie go trzymać, jak wszystko zgrać – na smyczy czy jak?? Na szczęście Nicky widzi ten strach w naszych oczach i przygarnia malucha, czym nasze dzieci są niepocieszone. Tłumaczymy, że odwiedzimy, pomożemy, że tam mu lepiej będzie. Bo Matysia już miała cały scenariusz w głowie, że jak dzieci z Bullerbyn… ;-) Wyobraźnia pognała swoim torem.


Jak to podsumował Bill – ‘Now really welcome to New Zealand!’


Pech, że ten jeden raz nie wzięłam aparatu..;/ Więc tylko z telefonu.
Dzieci próbują nakarmić biedaka.
Nicky już zaoferowała opiekę, więc dzieciom miny zrzedły.

4 komentarze:

  1. I komentarz "ach ta czarna owca" nabiera innego wymiaru ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecudna historia i wspaniałe wrażliwe dzieci :) Pozdrawiam Dorota P.

    OdpowiedzUsuń