sobota, 11 października 2014

Byle do ludzi

Sobotnie popołudnie. Jadę z dziećmi nad ocean, na jeden z wielu weekendowych jarmarków, które tutaj organizują wszystkie lokalne społeczności. Kto chce to zamawia wcześniej stoisko i wystawia swoje specjały – od ręcznie robionych, wyszywanych, dzierganych do pyszności wszelkiego rodzaju. Do tego zawsze jakieś atrakcje, ktoś śpiewa, jakieś przedstawienia, taki przyjazny folklor. Kręcimy się trochę, oglądamy, smakujemy i idziemy na plażę przy molo. Odpływ powiększył kilkakrotnie jej gabaryty. Ludzie spacerują, pluskają się (sic!), uprawiają wszelkiego rodzaju aktywność fizyczną. Włóczymy się, małe Fiory już na boso, co przy dzieciach Kiwi w strojach kąpielowych takim wyczynem nie jest ;-)

Trafiamy do pobliskiego parku z ogromnym placem zabaw. Jakiś band przygrywa, ludzie na trawie piknikują, dzieciaki ujeżdżają hulajnogi (wszystkie tu na nich jeżdżą, do szkoły, wszędzie), deskorolki, rowery, co się da. Kultura wspólnego spędzania czasu, nie tylko z racji ogólnodostępnej masowej imprezy. Zastanawiam się, czy to tak wiosna podziałała na ludzi, czy tak tu jest zawsze…? 


Po raz pierwszy dziś przebłysk myśli, że czegoś będzie mi brakowało po powrocie ;-)


Takiej radości beztroskiego, wspólnego spędzania czasu. Byle kawałek trawy wystarczy, jakiś koc, przekąski i już piknik gotowy. Ciągle ktoś dochodzi, witają się, widać, że to nie wyjątkowo – tak pewnie spędzają niejedno popołudnie. Takich pikników mijamy w drodze powrotnej dziesiątki. Ludzie lgną do siebie.


Takiego zróżnicowania aktywności – od oczywistego biegania po wszelkiego rodzaju sporty – u nas uważane za egzotyczne, tutaj jako standard.

 
Takiej bliskości miejsc niezwykłych, gdzie do szczęścia wystarczy samo w nich bycie. Ocean i góry na wyciągnięcie ręki. Mnóstwo malowniczych szlaków szczytami wzgórz, pochylonych nad zatokami i otwartym oceanem.
Taki przebłysk myśli.


Dunka mieszkająca w NZ od 5 lat, którą spotkaliśmy na Zachodnim Wybrzeżu, powiedziała o Kiwi – może nie mają takich czystych domów jak my w Europie, ale za to spędzają mnóstwo czasu z rodzinami i przyjaciółmi na powietrzu, tak zwyczajnie cieszą się życiem. I to widać na każdym kroku. To naprawdę rzuca się w oczy.


I trochę mnie martwi, że aż tak nas to dziwi…


Jarmarczne klimaty
Hurrra! W końcu na boso!!!
Trawa, koc, muzyka, jest impreza :-)
Nie mogliśmy oderwać oczu!
Wieczorna nauka rugby




4 komentarze:

  1. Więc może to taki mały przełom wśród ogromu tęsknoty? :-)
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może :-)
      Dobrze by było, bo od tych sprzecznych emocji na granicy wrzenia zwariować można..

      Usuń
  2. wszystko kwestia ludzi... myślę, że po powrocie powinniście częściej wpadać na Pułaskiego. Tu nawet przypadkiem, 6 razy w tygodniu, spontaniczny piknik..... pozdrowienia Bernardeta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I takie słowa chciałam usłyszeć :-) Że wszędzie można. Że to właśnie tylko i wyłącznie kwestia ludzi, nie miejsc.
      Dzięki :-)
      Pozdrawiamy ekipę z Pułaskiego i liczymy na spontaniczny piknik w przyszłości :-)

      Usuń