poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W biegu...


Stworzyć nowe (tymczasowe) życie w kilka dni. Tak, jakby ktoś wyciągnął Cię z Twojej własnej, poukładanej już rzeczywistości, rzucił na drugi koniec globu i powiedział – radź sobie. A to życie to przecież nie tylko własny kąt, ale sprawy prozaiczne jak podatki, ubezpieczenia, lokalny numer telefonu, auto, szkoła i masa innych. Chwilowo od jednego urzędu do drugiego. Próby zrozumienia różnych akcentów, co bywa niezłym wyzwaniem ;-) Szczególnie w sytuacjach, gdy każda informacja na wagę złota. Gonitwa. Liczymy, że zaraz to się uspokoi. 

Wizyta w szkole. Dzieci dzielne, choć sztywne jak struna. Szkoła trochę wygląda jak plac budowy – dopiero dochodzi do siebie po trzęsieniu ziemi. Ale nowe sale piękne, przyjazne dzieciom, zupełnie inne od naszych... Dyrektor, który od razu kazał mówić do siebie Bruce, oprowadził nas wszędzie, przydzielił każdemu naszemu dziecku jakiegoś ucznia jako opiekuna na początek. Bardzo miło, przyjaźnie. Od środy małe Fiorki ruszają do boju ;-) 

Poza tym udaje się nam w tej gonitwie przynajmniej trochę zobaczyć, na chwilę oderwać się od zmartwień, których – póki co – jest jeszcze sporo. Christchurch jako miasto ogrodów (nazywane tak nie bez powodu – są tu ich hektary) ma zadziwiający Ogród Botaniczny. Wpadliśmy tam na chwilę, bo czas rozkwitu dopiero się zacznie i na razie aż tak widowiskowo nie jest. Dzieciaki pobawiły się z kaczkami i pohuśtały na sekwojach. I od razu banan na twarzach ;-)

Miasto dalej leczy rany. To już 3 lata od trzęsienia ziemi, ale jego centrum  nadal naszpikowane dźwigami, placami budowy, ogólnie wymarłe. Nawet nas, nie związanych emocjonalnie z miastem zabolał widok ruin katedry – serca Christchurch. To sam środek miasta, od niej rozchodzą się ulice. Bill opowiadał, że plac przed katedrą tętnił kiedyś życiem – mieszkańcy i turyści, klauni, magicy, uliczni grajkowie. Taki wrocławski Rynek. Teraz cisza.
  
Po ponurym poranku przejaśniło się. Błękitne niebo i słońce, dużo słońca. Wystawiam twarz i grzeję się na zapas, bo wieczory i ranki jeszcze bardzo chłodne. Tak, Joanno C., stoję czasem w oknie, patrzę na Nową Zelandię i w głowie – myślałam, że będzie inaczej. Tylko sama nie wiem, co to inaczej miałoby oznaczać… Że będzie łatwiej? Że staniemy od razu na brzegu lazurowego jeziora z widokiem na majestatyczne góry i będziemy tylko WOW? Może tak naiwnie po cichu na to liczyłam. Zamiatam więc grzecznie te złudzenia i cierpliwie czekam na ten brzeg jeziora. I się doczekam :-)

Sekwoja jako huśtawka
Ogród Botaniczny
Katedra w czasach świetności, źr. Wikipedia
A tak wygląda teraz...
Centrum miasta - widok jakich wiele
Tymczasowa katedra wzniesiona głównie z kartonowych rur
Jeden z nielicznych ulicznych zabytkowych tramwajów
Jedna z głównych ulic, kiedyś tętniący życiem deptak
I taki sobie widoczek, z kuchennego okna u Billa...


2 komentarze:

  1. Trzymam kciuki za Filipka i Matysię- dadzą radę. iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam , wciagam się, zostawiam istotne sprawy, czekam na dalsze części, bowiem jest to zapowiedź dobrej fabuły, inspiruj się tak dalej, pozdrawiamy, Stany

    OdpowiedzUsuń