sobota, 23 sierpnia 2014

Na podbój Christchurch!

Strach w oczach świadomego już dziecka... To coś, co stawia cię błyskawicznie do pionu. Przestajesz myśleć o swoich lękach i frustracjach; skupiasz się tylko na tym dziecku - żeby mu było dobrze, żeby czuło się bezpiecznie. Nasza córka, już taka świadoma różnych stron tego wyjazdu dziś pyta, kiedy wracamy i liczy miesiące na palcach. A potem patrzy na mnie i... już tylko muszę ją mocno przytulić. I przytulam, przytulamy oboje, cały czas opowiadamy, jaka to przygoda, jak wiele wspomnień nam da. I, nawet jeśli będzie trudno (a jest i będzie), to warto to wszystko przeżyć. Warto się docierać jako człowiek na takich doświadczeniach. I te kochane dzieci nam wierzą. Mimo, że sami mamy, a na pewno ja mam, strach w oczach i nie zawsze da się go ukryć...

11 godzin snu. Tyle potrzebowałam, żeby w miarę dojść do siebie. Dlatego tego pierwszego dnia aż tyle nie zostało do wykorzystania. Wstaliśmy leniwie i daliśmy sobie czas na spokojne przestawienie się. Kilka słów o domu Billa. Choć dom to niezbyt odpowiednie słowo, bo to raczej rezydencja. Bill sam twierdzi, że nawet w NZ jest unikatowy. To raczej taki 'kalifornijski standard'. Nawet trudno go opisać. Przestrzeń, smak, widok na całe miasto (w tej chwili właśnie piękna panorama nocą) - takie cuda to ja wcześniej tylko w TV widziałam ;-) Wyobrażam sobie ten kontrast, gdy znajdziemy już własny do wynajęcia - będzie bolało... Dlatego dzieciom powtarzamy, aby traktowały to jako tymczasowy, przechodni hotel i nie przyzwyczajały się za bardzo. Z drugiej strony, miło poczuć taką odrobinę luksusu, niewyobrażalnego na co dzień. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak można budzić się co rano i mieć taki zapierający dech w piersiach widok przed oczami... Na pewno jest to niesamowite uczucie, ale... niekoniecznie niezbędne do mojego własnego szczęścia ;-) Bill pomaga nam niezmiernie - to jedna z tych osób, która całkiem przypadkiem pojawiła się w naszym życiu (taki niesamowity zbieg okoliczności), a zmieniła jego bieg diametralnie. Mądry, świadomy człowiek, który zawsze zadaje właściwe pytania. Często trudne; takie, na które odpowiedzi czasami znajdujesz dopiero po przemyśleniu wielu istotnych spraw. Ale to On właśnie popchnął nas do działań, które pośrednio przyczyniły się do tego wyjazdu. Myślę, że każdy z nas spotyka takich ludzi - ja ich nazywam drogowskazami na rozdrożu. Czasami przechodzą obok nas niepostrzeżenie.  A szkoda..

Pierwszy dzień, z racji nadmiaru snu, krótki wykorzystaliśmy na spokojny spacer po okolicy. Naiwni i nieświadomi rozmiarów miasta ruszyliśmy na podbój Christchurch :P No i daleko nie zaszliśmy ;-) Bo miasto, owszem, liczba ludności w połowie taka, jak we Wrocławiu, ale gabarytowo to dwa razy większe niż Wrocław. Takie rozlane - mnóstwo pagórków i wzgórz, a pomiędzy nimi farmy i wielkie pastwiska. Bo to miasto jeszcze 25 lat temu na obrzeżach miało głównie gospodarstwa. Idziemy więc przez jedną z bocznych dzielnic i nagle owiewa nas intensywny smrodek obory, no taaaak.....;-) Drugie co do wielkości miasto, największa metropolia Wyspy Południowej - witamy!!!...;-) Po ponad 2h doszliśmy do stacji benzynowej, gdzie w końcu kupiliśmy mapę, a na nasze pytanie, jak daleko do centrum pan spojrzał na nas jak na kosmitów i wydukał, że... jakieś drugie pół dnia pieszo... Acha! Więc grzecznie zawróciliśmy i do domu. I tyle widzieliśmy miasta w dzień pierwszy! Ale za to wiemy, gdzie jest szkoła (wybieramy się tam z dziećmi w poniedziałek) i zwiedziliśmy piękny park w dzielnicy (zakładamy, że dom do wynajęcia szukamy jednak w tej okolicy, więc już obczajamy 'nasze' miejsca). To taki najmniej atrakcyjny czas na 'widoki' - koniec zimy i wszystko jest takie szaro-przytłumione. Palemki zmarznięte i przykurczone. Aż trudno sobie wyobrazić, co będzie jak wiosna ruszy pełna parą. Jak wszystko się zazieleni.

Nasz start w NZ jest taki stonowany - jakby ktoś chciał powiedzieć: hej, spokojnie, nie wszystko od razu. Z jednej strony mówimy sobie (i nadal nam w to trudno uwierzyć) - jesteśmy W NOWEJ ZELANDII!!! I jak tu tego nie doceniać! Z drugiej strony na razie takie przyziemne sprawy nas wciągają i chyba dopiero z czasem uświadomimy sobie, co nam się przydarzyło.Bardzo dużo wysiłku kosztuje utrzymywanie dzieci w pozytywnych nastrojach. To jednak ogromna różnica, gdy człowiek jedzie sam i wiele jest w stanie znieść. Dzieciom trzeba stworzyć choć namiastkę komfortu i sprawić, przede wszystkim, aby czuły się bezpieczne. Ale są dzielne, dają radę. Dziś na długim spacerze, gdy wiało i mżyło co chwilę ciągle podbiegały do czegoś i krzyczały - zobacz, jak tu pięknie w NZ ;-) Fitu w pewnym momencie pyta co to za wspaniała nowozelandzka roślina, na co ja odpowiadam - rumianek, Synu, rumianek...:P

'Podwórko' Billa
Przed domem Billa

Nasz tymczasowy przystanek :-)
Park zimą
Zimno jak... (dodać wedle uznania ;-)
Salon z widokiem na miasto. I ponoć najpiękniejsze zachody słońca.

7 komentarzy:

  1. Wow! widok z "domku" rewelacyjny! mając takie "tymczasowe" lokum za szybko nie szukajcie własnego ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ani przez chwilę nie wątpiłam i nie wątpię, że dacie rade i zapewne pokochacie to miejsce, bo na to zasługuje. W salonie to już chyba jesteście trochę jak w raju - panorama rewelacyjna. Buziaki dla moich kochanych bratanków. Duczek :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przez przypadek trafiłam na Pani bloga i zastanawiał się skąd Panią znam ? I dopiero oświeciło mnie ,że to Pani zamawiała u mnie anioły:-)Podziwiam i gratuluje odwagi . Teraz śledzę na bieżąco Państwa relacje ,wręcz je pochłaniam i z ogromną ciekawością czekam na kolejne wpisy.Życzę wszystkiego dobrego !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja od tych cudnych Aniołów, które Pani dla nas zrobiła :-) Dziękuję za ciepłe słowa - przydają się ogromnie teraz :-) Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  4. Pięknie... Piękny dom, piękny widok, piękni Wy w tym wszystkim ( no nie wiem jak się ma Jacek, bo go nie widać) no i wspaniały poczciwy Bill ze swoimi trudnymi pytaniami... Pozdrowienia również dla niego. Trzymajcie się i Marta uśmiechnij się 😃

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest dobrze :)
    Ale jak tak czytam to cytat z Muminków sam się nasuwa... ;)
    "Little My stood by the window and looked out dejectedly. 'And I thought things were going to be different here...'" ;)
    Dobrze jest. Sama wiesz..

    OdpowiedzUsuń