poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Dokąd zmierzamy..?


Nasz tymczasowy dom na raj się nie zapowiada. Po dwóch ostatnich trzęsieniach ziemi w 2010 i 2011 Christchurch  określa się jako ‘miasto zranione’. Przekopując sieć i różne blogi w poszukiwaniu przydatnych informacji czy ciekawostek natknęłam się na komentarze typu:
  1. centrum miasta nie istnieje, wraki budynków stoją i straszą 
  2. jeśli ktoś planuje podróż do NZ radzę omijać to miasto szerokim łukiem 
  3. całe urokliwe centrum zmiotło z powierzchni ziemi, to miasto ‘kontenerów’

I tym podobne. Hm, brzmi mało ciekawie, prawda? 

Ale w innym miejscu wyczytałam:

Ale dzisiejsze Christchurch to nie tylko przygnębiający i refleksyjny obraz zniszczonych budynków. To także miasto pełne zieleni i wszelakiej aktywności. W każdym miejscu spotykamy ludzi biegających i jeżdżących na rowerach. W parkach golfiści-amatorzy trenują dostojne wbijanie piłeczki do dołka. Emeryci grają w krykieta, a nieco młodsi wypełniają parkowe ścieżki zdrowia. Między nimi, na snującej się przez miasto Avon River, pływają łódeczkami i kajakami turyści podziwiający kontrasty Christchurch.
Czy zatem warto będąc na Nowej Zelandii spędzić trochę czasu w tym mieście? Naszym zdaniem zdecydowanie tak. Zwłaszcza teraz, gdy widać jak mieszkańcy zmagają się ze zwalczaniem skutków żywiołu, który zagraża im na co dzień.’
 

Dlatego jesteśmy dobrej myśli. I dajemy szansę temu miejscu. Żeby nie tylko lazurowe jeziorka i majestatyczne góry, nie tylko tak niebiańsko-niemożliwie  ;-) Dla równowagi proza życia. I tylko te słowa o żywiole, który zagraża na CO DZIEŃ, oj… :/

  • Start: środa Wrocław 8.50
  • Warszawa (wylot 14.45) 
  •  22.15 Dubaj  – noc w hotelu (jak miło ze strony Fly Emirates :-) - wylot 8.50 
  •  międzylądowania w Bangkoku i Sydney 
  •  Christchurch 14.20
W sumie to ile czasu w powietrzu? Lepiej nie myśleć. Idę się pakować.
 

Do odlotu 2 dni, choć w sumie to już bardziej 1. 

Żródło: http://www.obiezyswiat.com/

2 komentarze:

  1. Dokładnie tak, właśnie to jest fajne, ta aktywność mieszkańców owych wysp. Pamiętam, że to właśnie uderzyło mnie w Australii, o godz 6 rano bulwary wokół rzeki w Brisbane były zapełnione, i biegał tam dokładnie każdy, od tych najmłodszych...tzn pchanych jeszcze w wózkach przez biegające mamusie...po najstarszych mieszkańców, tudzież grupa Azjatów uprawiała w parku Yoge, kolejni medytowali w inny sposó, to było niesamowite przeżycie. :). Ehhh zazdroszczę, chętnie wyruszłabym jeszcze raz w te rejony nawet dlatego żeby zabrać trochę tej ich pozytywnej energii. :).
    Przelotu nie zazdroszczę...może dlatego, że nie lubię latać. Ja przy tak długim locie to myślałam, że dosłownie jajo zniosę...i jeszcze te turbulencje nad Australią, zawsze tam występują, taki teren więc rzeba być przygotowanym i wtedy łatwiej je znieść. U nas zaczynało się na dwie godziny od lądowania w Sydney i przy starcie identycznie. W powrotną stronę polecam przelot przez Singapur, lotnisko Changi w Singapurze organizuje darmowe dwugodzinne wycieczki po Singapurze...to tak na marginesie. To spokojniego lotu życzę :). Marta

    OdpowiedzUsuń